poniedziałek, 15 lipca 2013

I


Siedzę w klubie. Za Boga nie wiem co mnie tu sprowadziło i w jakim celu. Jedno jest pewne: to był błąd. Rozglądam się jeszcze raz w oczekiwaniu jakiegokolwiek znaku człowieczeństwa, ale prawda jest taka, że znajduję się wśród małpiszonów.
- Ja pierdzielę, za jakie grzechy? – pytam sama siebie na głos wiedząc, że łupanie basów uniemożliwi zrozumienie ruchu moich warg komukolwiek z obecnych.
Oczywiście nie jestem tutaj sama. Moja koleżanka szybko odnalazła się w tej fajowskoczadowskozajebistoyolowej sytuacji. No nic tylko pozazdrościć jej obściskiwania się z przystojnym brunetem koło śmierdzącego damskiego kibla. Znaczy się toalety. Nie mogę znieść dłużej tego widoku, więc odwracam się w kierunku sceny, pod którą tańczy kwitnąca młodzież XXI-ego wieku. Czego by o nich nie powiedzieć widać, że ubaw mają niezły, ale z jakiego powodu to bladego pojęcia nie mam! Chwytliwe i taneczne bity zamieniły się nagle w jeden zgiełk i walenie garów. Gdyby nie fakt, że przyszłam tutaj z Weroniką, uciekłabym zaraz po usłyszeniu pierwszych dwóch piosenek. A właśnie! Odwracam się. Wkłada jej ręce pod koszulkę. Jest stabilnie.
Kiedy powracam na swoją poprzednią pozycję i zamierzam znaleźć ciekawy obiekt do obserwacji, natrafiam na twarz jakiegoś głupka, który wlepia we mnie tępe spojrzenie i na przemian rusza brwiami. Osz ty boże seksu! Patrzę na niego znudzonym wzrokiem i nie mogę się nadziwić tym kosmitą. Po chwili orientuję się, że celem jest jednak paszczur ledwo utrzymujący pozycję siedzącą po mojej lewej stronie. Jestem uratowana, ale jednocześnie nieco zawiedziona.  No co jak co, ale atrakcyjna jestem! Brzydal jest jednak zbyt nieśmiały, żeby zaczepić zapitą paszczurzycę, a mnie zaczyna już nużyć jego osoba, więc na chwilę zapadam we własne myśli, odlatując daleko od śmierdzącego klubu COOL. 
Dzisiaj rano nie pomyślałabym jeszcze, że się tutaj znajdę. W ogóle, że zrezygnuję z darmowej podwózki do domu. Po przylocie nie marzyłam o niczym innym jak powrocie do swojego światka, kąpieli i moim łóżku. Lot opóźnił się z niewiadomego mi powodu, a ja byłam skazana na towarzystwo tych wszystkich..  Polaków. Przede mną siedział ojciec dwójki dorodnych dzieciaków i nawet bardzo dorodnej kobiety i obserwował mnie zaciekawionymi ciemnymi oczami. Nienawidziłam go w tamtej chwili ogarnięta szałem nienawiści tablicy informującej o wylotach, samolotu, pilotów i lotniska. Później wszystkie negatywne odczucia ulokowałam jednak w jego żonie zarzucając jej głupotę i naiwność. Wpatrywał się w mój biust tak intensywnie i łapczywie, że każdy idiota by zauważył. Ubrałam bluzę, a on zniesmaczony odwrócił wzrok. Za mną siedziało dziecko z kategorii „jestem ciekawe świata, muszę ciągle gadać”. 
- A kiedy przyleci samolot? A jaki będzie pilot? A czemu czekamy? A kupisz mi zabawkę jak wrócę do domu? A ile jeszcze minut, aż przyleci samolot? A babcia przyjdzie do nas w poniedziałek? A na dworze pada? Czemu czekamy mamooo? Mamoo..
Założyłam słuchawki i spojrzałam na mocno nieogarniętą mamę i łysego ojca zaopatrzonego w  otwarte usta. Najwyraźniej mocno wytężał umysł, bo minę miał taką zaciętą. I te otwarte usta... Jejku...
Słyszę pierwsze dźwięki Poison Coopera i obserwuję zachowania ludzi. Nienawidzę wpatrzonej w siebie platyny kroczącej w tę i z powrotem przed moim nosem, grającego na PSP przygłupa, ziewającego blondyna, ludzi wsiadających do samolotu, który przyleciał na czas, filaru zasłaniającego mi część lotniska, zamkniętej kawiarni (akurat mam ochotę na kawę), a przede wszystkim Wokulskiego, bo się głupio daje robić Łęckiej… O jejku mój ulubiony moment! 
Runnin’ deep inside my veins
Burnin’ deep inside my brain
Poison
Piosenka się kończy. Włączam Personal Jesus (The Stargate Mix), odwracam się, a dwa krzesła ode mnie blondyna z okropnym wyrazem twarzy patrzy w moim kierunku karcąco.
Nienawidzę jej.
I z tą całą nienawiścią wsiadam do samolotu. Tam po tych wszystkich godzinach nienawiści zasypiam, a rano jestem już w Warszawie. 
Zaraz po przylocie odebrałam bagaż, który zdążył kilka razy uciec mi na taśmie. Postanowiłam wypić jeszcze zimną kawę, która okazała się z dwóch powodów niewypałem. Po pierwsze: była ciepła. Po drugie: przyczyniła się do tego, że teraz znajduję się właśnie tutaj, a nie w swoim łóżku. Kiedy kłóciłam się o ciepło-zimną kawę, a sprzedawczyni sprawdzała jej temperaturę palcem, co doprowadziło mnie do niepowtarzalnej furii, za moimi plecami zjawił się uroczy rudzielec, który ratował kawową dziewczynę przed moimi niemalże zaciskającymi się na jej szyi palcami.
- Spokojnie, spokojnie, bez nerwów – mówił ciągle łamanym polskim.
- Jak mam się do cholery uspokoić jak ona wkłada palce do mojej kawy?! – wrzeszczę opętana.
- A jak inaczej miałam sprawdzić czy jest ciepła? – odpowiada krzykiem blondyna. – Poza tym proszę pani ona jest lekko letnia, a nie ciepła!
- Ja bym w takim razie prosił dla tej pani najzimniejszą kawę jaką tu macie na mój koszt.
Odwróciłam się zaszokowana.
- Nie ma mowy.
Dziewczyna przestaje naliczać na kasie kawę do jego rachunku.
- Ale ja bym nalegał.
Kawowa zadowolona wciska kolejny przycisk.
- Nie, dziękuję.
Strapiona spogląda bezradnie na nas i na drukujący się paragon.
- I co teraz…? – jęczy.
- Niech pani ją zrobi – uśmiecha się rudzielec. – A pani zechce zająć jakieś miejsce, zaraz wrócę.
Zrezygnowana, ale równocześnie zachwycona tym, że podobam się tak przystojnemu rudzielcowi, zajmuję miejsce z widokiem na postój taksówek i czekam.
To tylko niezobowiązująca kawa, tłumaczę sobie w myślach.
Podchodzi z kawą i uśmiecha się kolejny raz.
- Zajęta jesteś dziś wieczorem?
Nie pamiętałam, żebym z nim przechodziła na ty.
- Nawet bardzo – sączę spokojnie kawę. – A ty?
Zaśmiał się. Uroczy.
- Jak masz na imię? – udaje, że nie słyszał mojego pytania.
- Aimée.
- Przyjechałaś tu na wakacje?
- Mieszkam w Polsce. A ty na wakacje?
- Tak. I chciałem dobrze zacząć ten wyjazd. Obejrzeć trochę wieczornej polskiej specyfiki.
Patrzę mu prosto w oczy i czuję, że się rumienię. To jest taka MOJA piekielna specyfika.
- Życzę powodzenia – biorę swoją kawę, chwytam walizkę i kieruję się do wyjścia.
Nawet za mną nie krzyczy. To w końcu nie komedia romantyczna. Na pewno już wypatrzył inną. Życie.
Dzwonię do Łapy i oświadczam mu, że nie wracam z nim na Śląsk. Coś tam krzyczy i jęczy, ale w końcu daje za wygraną. Potem krótki telefon do Weroniki. No i club, bed & breakfast w cenie. Najwyższy czas się trochę rozerwać.
Ale.. To miał być klub, a nie melanżownia. Wzdycham.
Z zamyślenia wyrywa mnie dziewczyna-zombie. Ale autentyczna dziewczyna-zombie!! Zmierza w moim kierunku nie zauważając chyba rzędu stołów przede mną. Z głowy zwisają jej tłuste strąki, nogi rozkraczone, w lewej ręce trzyma torebkę, którą szura po brudnej podłodze klubu. Otwarte usta zdradzają jej niesamowity intelekt i to spojrzenie zapitego menela- poezja! Kiedy orientuje się, że zaraz wpadnie na stół, ustępuje mu z drogi mrucząc pod nosem „Ku*wa, Ku*wa”, a ja mam okazję spojrzeć na jej wygięte do przodu biodra kiedy śmiale kroczy ku łazience. Pod koniec drogi przyspiesza nieco trzymając się za usta. Koło mnie siada całująca się para i w momencie dostrzegam ich wystające języki. Ewakuacja! Omijam kałużę rzygów, staję pod ścianą upewniając się uprzednio czy nie spotka mnie tam niemiła niespodzianka. Po chwili dziewczyna-zombie wyłania się z kibla chwiejąc się. Jej znajomi dobiegają do niej i podtrzymują, holują do najbliższego krzesła i każą usiąść. 
Patrzę na Weronikę. Brunet obmacuje jej tyłek. Fuj.
Patrzę na dziewczynę-zombie. Skubana! Wykorzystała moją i swoich znajomych nieuwagę (całowali się namiętnie) i stawiając swoją stopę metr od drugiej (z tymże po skosie, a nie do przodu jak normalny człowiek), uciekła na parkiet.
Patrzę na Weronikę. Oderwana od swojego kochasia na moment sprawdza też jak sytuacja ma się u mnie i widząc moje zmęczenie tym wszystkim co się dokoła mnie dzieje, stwierdza, że koniec mojego szaleństwa i ucieczki od rzeczywistości. Klepie bruneta po tyłku i zrzuca go z siebie.
Wychodzimy.

piątek, 5 lipca 2013

Hej, cześć!


Jestem tutaj z pewnością z jakiegoś powodu. Przecież nie robi się niczego od tak. Jakakolwiek jest przyczyna tego, że jestem, fajnie znowu wrócić do pisania. Powinnam się pewnie rozwodzić nad genezą mojej rodziny i tego co mnie tutaj sprowadziło. Kogo to jednak interesuje? Opisy są przecież okropnie nużące.
Na pewno w głowach dwóch może trzech osób z kilku, które tutaj zajrzą, pojawi się pytanie co zamierzam pisać? Odpowiem. To jest bardzo dobre pytanie! Ja sama chyba do końca nie jestem pewna. Czemu? Odpowiem. Bo już dawno o niczym nie marzyłam. A bez marzeń i fantazji nie da się napisać nic poruszającego. Nawet bohatera nie mogę wymyślić.
Żenada.
Utknęłam w martwym punkcie już dawno temu. Wiecie, pisałam. Miałam świetny pomysł, czułam moją bohaterkę całą duszą, ale coś poszło nie tak. To chyba rzeczywistość zbyt bardzo mnie pochłonęła. Te pierdoły o odpowiedzialności, potrzebie spełnienia, ambicjach.. Racjonalizm zniszczył wszystko co było we mnie najbardziej magiczne. Ja tak przynajmniej uważam. Nie ma już platonicznych miłości, roztrzepania, słodkiego i roztargnionego uśmiechu, brak spontaniczności, bujania w obłokach, myślenia o niebieskich migdałach. Przede wszystkim brak marzeń. A jak człowiek nie marzy to umiera. 
Chciałabym móc uciec jak kiedyś. Założyć słuchawki i przenieść się dokładnie tam gdzie chcę. Zatopić w czarujących dźwiękach, poczuć ciarki na plecach, odlecieć.
No, ale to już minęło i nie wróci więcej.
Aktualnie w słuchawkach Demons Imagine Dragons. Brak gęsiej skórki i odlotu, ale czarujące dźwięki są.
Za oknem deszcz, a ja nazywam się Aimée.