Obudziłam się w nocy z krzykiem. Siedziałam na łóżku zaciskając dłonie w pięści, a Weronika klęczała obok mojego łóżka i wpatrywała się we mnie z przerażeniem. Kiedy nawiązałyśmy kontakt wzrokowy, pogłaskała mnie po ręce. Chyba bała się rozpocząć rozmowę, bo milczała i miała troskę w oczach. Padłam na poduszkę i zakryłam twarz dłońmi.
- Czemu nie śpisz? - powiedziałam po chwili.
- Krzyczałaś - położyła się koło mnie.
- Przepraszam, że cię obudziłam - wyciągnęłam rękę po zegarek.
Trzecia nad ranem. Pokręciłam głową i przetarłam oczy.
- Nic się nie stało - przytuliła się do mnie.
- Jest trzecia, więc się stało!
- I tak dopiero niedawno się położyłam.
Ah, randka.
- Jak było?
- Mówiłaś przez sen - nie pozwoliła mi zmienić tematu.
Przez chwilę miałam wrażenie, że moje serce stanęło. Krew z pewnością odpłynęła mi z twarzy. Poprzedniego wieczora bardzo intensywnie myślałam nad wieloma kwestiami. Jeżeli mój język paplał o Davidzie i pracy to byłam uratowana. Chociaż wątpię, żeby śnił mi się ten głupek. Mogłam też rozprawiać na temat wizyty moich rodziców, ale widziałam minę Weroniki. Musiało chodzić o tę trzecią rzecz. O Ninę.
Weronika oświeciła światło budząc mnie już całkowicie.
- Rzadko mi się to zdarza - zmrużyłam oczy.
- Mała.. chyba czas poważnie porozmawiać.
Spojrzałam na nią. Czułam rosnącą w moim gardle gulę. Tamtego Piekła nic nie mogło pobić. Nawet usilne starania Davida Mavela nie mogłyby zbliżyć mnie do tamtego cierpienia i upokorzenia. Ale rozmawianie o Ninie.. Potraktowałam ją w obrzydliwy sposób choć tak naprawdę to ona wykorzystała mnie. Jednak to nie tamte wydarzenia były problemem. Najgorsze było szaleństwo mojej byłej kochanki. Tak bardzo się w to zagłębiła, przestała racjonalnie myśleć i robiła wszystko, żeby nasz romans wyszedł na jaw. W końcu jej się udało i jej życie legło w gruzach. Straciła mieszkanie i rodzinę. Całe szczęście była niezależna w pracy, ale gdyby jej mąż się postarał mogłaby wylądować na bruku.
- Co dokładnie mówiłam?
- Mamrotałaś coś o tym, że jakaś kobieta cię śledzi, że się jej boisz, że musisz uciekać..
- Czy to odpowiednia pora na rozprawianie o takich rzeczach?
Wpatrywała się we mnie z wyczekiwaniem. Nie było mowy, żeby odpuściła.
- To może chociaż zrobimy sobie kakao? - wyszczerzyłam zęby.
Przez chwilę rozważała w myślach moją propozycję.
- W porządku.
Wstałyśmy więc ochoczo z łóżka. Postawiłam mleko na gazie i wsypałam kakao do dwóch kubków. Pomyślałam, że teraz mogą nam się przydać lody. Całe szczęście, że je kupiłam poprzedniego wieczora. Wyciągnęłam więc dwie miski i pudełko z lodami.
- Daj spokój. Zjemy z pudełka! - Weronika zanurzyła łyżeczkę w lodach i wzięła do ust. - Mmm, pyszne!
Usiadła w fotelu i jadła, aż jej się uszy trzęsły. Położyłam przed nią kubek z kakao i pomyślałam, że to będzie katastrofa dla naszych zębów.
- No to opowiadaj.
Przez chwilę nie wiedziałam od czego mam zacząć. Było tak strasznie późno..
Ziewnęłam.
A jutro praca!
- Nie wiem za bardzo co ci powiedzieć.
- Kto to ta Nina?
- To się zaczęło na początku zeszłego roku. Nina Mikulewicz jest wykładowcą prawoznawstwa na moim wydziale prawa. Zaczęło się bardzo niewinnie. Niewiarygodnie mi się spodobała, więc zaczęłam ostro wkuwać, żeby jej zaimponować swoją wiedzą. Po dwóch miesiącach drobnych zaczepek wreszcie mnie zauważyła - przerwałam na chwilę.
Przypomniały mi się jej ukradkowe spojrzenia na zajęciach. Uśmiechała się do mnie częściej niż do innych.
Kiedy spojrzała na mnie po raz pierwszy podczas rozpoczęcia roku, wiedziałam, że musi być moja. Jej ciemne, prawie czarne, włosy opadały swobodnie na ramiona. Miała niesamowicie wyzywające spojrzenie, którym od razy przykuła moją uwagę. Nie byłam w stanie oderwać od niej wzroku. Poruszała się z gracją i wdziękiem. Czuła się bardzo swobodnie w otoczeniu studentów i była bardzo szanowana wśród swoich kolegów z kadry wykładowczej.
Na pierwszych zajęciach siedziałam w pierwszym rzędzie. Nina stanęła przede mną w swojej czarnej sukience opinającej jej ciało. Przez chwilę nie mogłam się w ogóle skupić na tym co do mnie mówiła. Co mówiła do naszej grupy. Podniosłam wzrok znad kartki i utonęłam w jej niebieskich oczach. Nigdy wcześniej nie widziałam tak pięknych tęczówek w kolorze błękitu.
Kilka czulszych słówek, niewinne żarciki, długie spojrzenia i się zaczęło.
Upiłam łyk kakao.
- Przyszłam do niej do gabinetu i tak zaczął się nasz romans.
Pamiętam, że był to jeden z najzimniejszych dni grudnia. Za oknem padał śnieg, a na uczelni wysiadł prąd. Musieliśmy przerwać zajęcia co wprawiło mnie w prawdziwe niezadowolenie, bo zasilanie padło tuż przed wykładem z prawoznawstwa. Stałam na korytarzu naciągając rękawy swetra na dłonie i chuchnęłam na nie. Zaczęłam pocierać nimi o siebie rozpaczliwie goniąc za jakąkolwiek odrobiną ciepła. I wtedy ją zobaczyłam. Otwierała drzwi do swojego gabinetu. Spojrzałam na nią i przygryzłam dolną wargę. Odwróciła w moją stronę głowę i poczułam, że muszę do niej podejść. Zrobiłam krok w jej stronę, a ona weszła do swojego pokoju zostawiając za sobą otwarte drzwi. Rozejrzałam się po korytarzu, ale nie dostrzegłam żywej duszy. Wszyscy, czując się prawdziwymi szczęśliwcami, zmyli się do domu.
Nie zastanawiając się już dłużej podążyłam w stronę gabinetu profesor Mikulewicz. Stanęłam w drzwiach i zajrzałam do środka. Stała oparta o swoje biurko i przeglądała jakieś kartki. Po chwili odłożyła je i oparła dłonie na blacie biurka. Spojrzała na mnie tym swoim uwodzicielskim wzrokiem.
Ona była stworzona do tego, żeby pieprzyć ją ostro i do upadłego.
Weszłam powoli do środka i zamknęłam za sobą drzwi. Zrzuciłam na podłogę plecak i potarłam sobie ramiona. Nina ruszyła w moją stronę. Oparłam się o drzwi i przez chwilę zapomniałam jak się oddycha. Podniosłam ręce w geście obronnym (głupi odruch!), a ona patrząc mi w oczy przekręciła klucz w zamku. Na moich policzkach pojawiły się rumieńce - nie wiedziałam czy z tego powodu, że przestałam oddychać czy dlatego, że tak bardzo palił mnie jej wzrok. Spuściłam głowę i zaciągnęłam się jej zapachem. Pachniała brzoskwiniami. Nigdy nie czułam czegoś takiego. Odgarnęła z mojej twarzy kilka kosmyków i zaczęła gładzić mnie po policzku. Przymknęłam oczy i zastanawiałam się czy to się dzieje naprawdę. Przez długi czas nie poruszała się, więc byłam zmuszona na nią spojrzeć. Jeździła wzrokiem po mojej sylwetce. W końcu przejechała kciukiem po mojej dolnej wardze, a ona natychmiast zaczęła drżeć. Uśmiechnęła się. To był najczulszy uśmiech jaki widziałam w życiu. No może zaraz po uśmiechu Weroniki.
Położyła ręce po obu stronach mojej głowy i oblizała sobie wargi. Atmosfera zaczynała się robić co najmniej gorąca. Zaczęłam szybciej oddychać. Ucieszył mnie fakt, że w jej twarzy też dało się zauważyć napięcie. Rozchyliła delikatnie usta i w tym samym momencie doszedł mnie miętowy zapach.
Przełknęłam głośno ślinę, a ona zbliżyła swoje usta do moich.
- To chyba nie jest najlepszy pomysł - zaczęłam oponować.
Zaczęła podwijać mi sweter i podkoszulkę na raz. Oparłam dłonie na jej ramionach, gdy poczułam jak opiera się biodrami o moje.
- Nie chcesz tego?
Położyła dłoń na moim brzuchu, który od razu się napiął. Widziałam zachwyt w jej oczach, gdy przejeżdżała po moich twardych mięśniach. W tamtym okresie dużo ćwiczyłam, więc miałam się czym pochwalić. Patrzyłam na nią z przerażeniem. Zdjęła ze mnie swoje ręce i westchnęła.
- Sama do mnie przyszłaś.
Usłyszałam naganę w jej głosie. Była na mnie napalona i bardzo mi się to podobało. Nie należałam jednak do dziewczyn, które lubują się w jednorazowych akcjach. Wahałam się. To był mój pierwszy wyskok w życiu. W dodatku z moim wykładowcą! To nie mogło się dobrze skończyć, a mimo to zrobiłam to.
Zdjęłam z siebie sweter i zostałam w samym podkoszulku. Nina zatrzymała swój wzrok na moim biuście w rozmiarze D. Z przerażeniem odkryłam, że niefortunnie ubrałam czarny stanik pod biały top. Znowu się zaczerwieniłam.
Tym razem zabrała się za mnie i doprowadziła sprawę do końca na swoim biurku. Patrząc jej w oczy jęknęłam jej imię. Zmrużyła je i przyciągnęła moją twarz do swojej.
- Jesteś moja - wysyczała.
Tak, to nie mogło się dobrze skończyć. Ale kto podejrzewa swoją kochankę o zaburzenia psychiczne?
- Na początku nie wiedziałam, że ma męża - kontynuowałam.
- A dzieci? - Weronika włożyła łyżkę z lodami do buzi.
- Nie. Oboje poświęcili się nauce, nie planowali dzieci.
Widziałam malującą się na jej twarzy ulgę.
- Była dość zaborcza względem mnie, ale nigdy bym nie przypuszczała, że aż tak jej na mnie zależy. Do pewnego czasu było dość uroczo, ale później stała się moim cieniem. Była wszędzie, ciągle mnie obserwowała. Jej zazdrość wywoływała najgłupsza rzecz. Prawie pokłóciła się z jednym wykładowcą na uczelni, który się do mnie zalecał.
Na naszym wydziale było kilku zalotników. Początkowo nawet o tym nie wiedziałam, bo tak byłam pochłonięta Niną. W końcu jednak zauroczenie zmalało. Czułam się osaczona i przytłoczona jej osobą, a profesor Madej bardzo lubił studentki pierwszego roku. Szczególnie upodobał sobie jednak mnie. Miał niesamowitą słabość do orzechowych włosów i piwnych oczu. A jak trafiała mu się dziewczyna dwa w jednym to miał na jej punkcie absolutnego świra. W mojej grupie było pełno blondynek, więc stanowiłam całkowity ewenement.
Profesor Madej miał na głowie wszystkie odcienie siwego, ale jak na swój wiek (55 lat) był niesamowicie wysportowany. Z jego koszuli nie wystawał wielki bojler, a byłam pewna, że można tam było znaleźć nawet zarys kaloryfera. Nie miałam jednak okazji tego sprawdzić, bo do akcji wkroczyła moja kochanka. Profesor okazywał mi swoje zainteresowanie w sposób naprawdę dżentelmeński. Prawił komplementy, zagadywał, puszczał przodem w drzwiach, raz pokusił się nawet o to, żeby pomóc mi donieść moje książki do samochodu Łapy. To jeszcze Nina była w stanie znieść. Problem pojawił się kiedy Madej wykonał dwa, według niej niedozwolone ruchy. Po pierwsze: raz przechodząc ze mną przez korytarz położył mi rękę na plecach. Był to zupełnie niewinny i przyjacielski gest, ale kiedy już kończyliśmy naszą przechadzkę do sali, natknęliśmy się na Ninę, której oczy na nasz widok automatycznie się zwężyły. Ominęła nas, ale zdążyliśmy zauważyć na jej twarzy czający się gniew.
- Kobiety mają czasami takie humory - profesor szepnął mi do ucha.
Uśmiechnęłam się, ale tak naprawdę nie było mi do śmiechu. Wtedy zrobiła mi pierwszą aferę.
Druga nastąpiła kilka tygodni później. Był już koniec marca i zaczęłam się lżej ubierać. Prawda była taka, że nigdy nie potrafiłam dobrać ubrań do panującej na dworze pogody. Akurat tamtego dnia postanowiłam przejść się pieszo do mojego mieszkania, ale w trakcie drogi złapała mnie ulewa. Przemokłam do ostatniej nitki, a zostały mi jeszcze dwa kilometry do domu. Schowałam się pod daszkiem sklepu monopolowego i czekałam, aż deszcz osłabnie. Wiał słaby wiatr, ktory potęgował uczucie zimna. Byłam pewna, że się rozchoruję. W tym samym momencie nadjechał profesor Madej i uchylił okno przy siedzeniu pasażera.
- Cześć Aimée. Zamierzasz tam stać i moknąć czy może zabierzesz się ze mną?
Nie zastanawiając się ani chwilę wpadłam do jego auta. Dopiero po chwili zrozumiałam jak grubiańsko się zachowałam. Moczyłam mojemu profesorowi siedzenie. Chwilę staliśmy jeszcze w milczeniu, a ja tylko szczękałam zębami. Madej zdjął swoją kurtkę i założył mi ją na ramiona.
- Dzdzdziękuję paaaanu bardzoo - wyjąkałam i owinęłam się jego kurtką.
- Nie ma sprawy - uśmiechnął się i ruszył.
Poczułam się słabo i zamknęłam oczy. Kiedy je otworzyłam byliśmy już z drugiej strony miasta, całkowicie oddalonego od mojego mieszkania z jakieś 15 km. Spojrzałam na mojego profesora pytającym wzrokiem.
- Nie powiedziałaś mi gdzie mieszkasz - odpowiedział na niezadane przeze mnie pytanie. - Pomyślałem, że może wpadniemy do mnie, trochę się ogrzejesz, wyschniesz i napijesz się czegoś gorącego?
Kiwnęłam głową.
- Potem odwiozę cię do domu.
Wyszedł z samochodu i otworzył drzwi z mojej strony. Schowałam się pod jego parasol, a on objął mnie ramieniem.
Patrząc na to z perspektywy czasu zachowywałam się kompletnie nieracjonalnie, ale prawda była taka, że nie przejmowałam się tym wtedy. Po pierwsze było mi cholernie zimno i byłam cała mokra. Po drugie to była tylko przyjacielska propozycja. Po trzecie już i tak puściłam się z jednym z wykładowców.
Niemniej i tak było to niestosowne.
Weszliśmy do jego mieszkania, a on zaproponował, żebym przebrała się w jego ciuchy. Po moich plecach przeszedł dreszcz i już zaczęłam się najeżać, ale szybko zrozumiałam, że to był dobry pomysł. Dał mi swoją koszulkę, spodenki i ręcznik i odesłał do łazienki. W szafce nad umywalką znalazłam suszarkę, więc rozprawiłam się z moimi włosami. Przebrałam się w suche rzeczy i weszłam do jego salonu. Czekała tam na mnie gorąca herbata z miodem i sokiem malinowym.
- Przepraszam, że tak się profesorowi zwaliłam na głowę - usiadłam w fotelu na przeciwko niego.
- Spokojnie. Wróciłbym do domu i siedział sam w mieszkaniu. Tak przynajmniej mogę cię ugościć.
Kiwnęłam głową i rozejrzałam się po mieszkaniu. Miał gust. Stawiał na czerń i kolor czerwonego wina. Spojrzałam znowu na mojego profesora i zamarłam.
- Podobasz mi się w moich rzeczach.
Upiłam herbatę. Musiałam pić, żeby móc mówić.
- Na profesorze lepiej leżą.
Uśmiechnął się.
- Usiądź koło mnie.
Miał tak miękki głos. Zrobiłam co kazał. Nachylił się do mnie i objął mnie ramieniem.
Nie był zboczeńcem i z pewnością nigdy nie zaciągnąłby mnie do łóżka. Szukał jedynie uczucia, napięcia, emocji. Dokładnie tak jak ja. Dusiłam się już pod naporem pożądania Niny. Potrzeby Madeja wydawały mi się całkiem normalne. Głaskał mnie przez chwilę po plecach i wdychał mój zapach. Podobała mi się ta czułość. Nie było w niej nic ze zwierzęcej namiętności Niny. Posiedzieliśmy tak chyba z godzinę nie odzywając się słowem. Co jakiś czas zamykały mi się oczy i było mi naprawdę dobrze.
- Muszę już iść - powiedziałam niechętnie.
Pocałował mnie w skroń.
- Pożyczę ci moje dresy. Nie będziesz wracać w tych mokrych ciuchach.
Odwiózł mnie do domu jak obiecał.
Parę dni później oddałam mu wszystkie rzeczy wyprane i uprasowane. Kiedy mu je wręczałam w jego gabinecie zjawiła się Nina. Byłam pewna, że mnie szukała, a nie zabłądziła przez przypadek. Kazała mi się tłumaczyć, a ciężko było to wyjaśnić pomijając fakt, że byłam u Madeja w domu. Sama sobie dopowiedziała resztę.
Zagroziła, że wszystkim powie. Za romans z wykładowcą mogli mnie nawet wyrzucić, ale ona nie patrzyła na moje dobro. Chciała mnie tylko dla siebie i nic więcej ją nie obchodziło.
- Musiałam się z tego wycofać. Nie potrafiłam tak dłużej. Nie chciałam stałego związku. To była zwykła przygoda, nic więcej. Ale ona się uczepiła.
Weronika kiwnęła głową. Nie byłam jednak pewna czy rozumiała o czym mówię. Jej przygody kończyły się dokładnie wtedy kiedy tego chciała. Ja nie miałam takiej mocy nad Niną. Była nie do zatrzymania.
- Zdałam rok. Zaczęłam jej się wymykać z rąk. Przestała być ostrożna. Coraz częściej mnie szantażowała. Pewnego dnia byłyśmy w jej mieszkaniu i jej mąż wrócił wcześniej do domu. Przyłapał nas w ich łóżku. Musiałam uciec. Wykupiłam wycieczkę last minute i poleciałam do Włoch - zrobiłam krótką przerwę i dopiłam kakao. - Szantażowała mnie tak długi czas. To się przerodziło w coś absolutnie toksycznego. Zaczęłam się jej bać. Zmuszała mnie do.. Mogli mnie wywalić z roku, ją by oszczędzili.
Weronika wstała i mnie przytuliła. Rozumiała. Naprawdę rozumiała.
- Tamto Piekło - powiedziała i przytuliła mnie mocniej.
Tak, zdecydowanie istniało powiązanie między tamtą sytuacją, a romansem z Niną.
- Wczoraj byli tu moi rodzice.
Weronika usiadła na stole i patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami.
- Mam nadzieję, że z nimi nie rozmawiałaś? - spojrzała na mnie i zmarszczyła brwi. - Oh, Aimée!
- Gdybym z nimi nie porozmawiała nie dowiedziałabym się kilku istotnych rzeczy. Przede wszystkim spłacili męża Niny, więc mam z nim spokój. Ale niestety.. ona wie gdzie jestem. I podejrzewam, że już przyjechała do Warszawy.
Moja przyjaciółka zakryła usta z wrażenia.
- Musimy zapewnić ci ochronę.
- Jak?!
Siedziałyśmy chwilę w milczeniu. Nie mogłam się ochronić przed Niną. Przynajmniej nie w tym momencie. Musiałam zaczekać, aż do mnie przyjdzie. Działanie prewencyjne nie wchodziło w grę.
- Trzeba czekać, aż sama się ujawni.
- To niebezpiecznie. Ona jest totalną szajbuską.
Zaczęłam szamać lody i pogrążyłam się w swoich myślach.
- Jest szajbuską, ale mnie ubóstwia i to jest nasz as w rękawie - wbiłam w jej twarz łyżkę. - A teraz opowiadaj jak ta twoja dziewczyna?
- Nie wolisz iść spać?
Spojrzałam na zegar w kuchni. Dochodziła piąta.
- Nie widzę najmniejszego sensu w spaniu. Sen jest dla słabych - roześmiałam się. - Mów, bo umrę z ciekawości!
- Ma na imię Julia i jest fotografem. Gdybyś widziała jej zdjęcia! Specjalizuje się w uwiecznianiu krajobrazów, ale robi też wspaniałe portrety. Naprawdę podoba jej się ta praca. Zaprosiła mnie na jedną ze swoich sesji. Chce, żebym jej pomogła w przygotowaniach. Oprócz tego jest cholernie seksowna i ma naprawdę uroczy głos. Najpierw zabrała mnie do swojej pracowni, a później pojechałyśmy do Coffee Heaven, bo okazało się, że nie lubi Starbucksa.
- Co ty gadasz! Minus dziesięć do jej osobowości!
Weronika pacnęła mnie w ramię.
- Jak ja zobaczysz to zmienisz zdanie. Poświęciłam się więc i poszłam z nia do tego Coffee Heaven. Nawijałyśmy cały czas przez cztery godziny, aż w końcu sprzedawczyni musiała nas wyprosić. Poszłyśmy na spacer nad Wisłę no i było trochę buzi buzi.
- Jak całuje? - uklęknęłam na fotelu.
- Kobieto.. - rozciągnęła się na sofie. - Wyśmienicie to mało powiedziane. Oczywiście nie przebija ciebie kochanie - pogłaskała mnie po kolanie. - Ale jest naprawdę niezła. Gdybyś ty widziała te piękne brązowe oczy. Można się zatracić.. ohhh..
- Umówiłyście się na kolejny raz?
- W zasadzie to zastanawiałam się czy nie zaprosić jej na dzisiejsze nasze wyjście?
- Zastanawiałaś się, czyli ją zaprosiłaś?
Uśmiechnęła się do mnie.
- Tak jakby.
- W porządku.
Chciałam co prawda spędzić ten wieczór z Weroniką i porozmawiać, ale z drugiej strony ze mną mogła spędzać każdy wieczór. Poza tym chciałam poznać tę całą Julię. Musiałam wiedzieć komu mam skopać tyłek, jeżeli nawali. Rozmowę o Krzyśku mogłyśmy przenieść na inny dzień.
- Uroczy trójkącik nam się zapowiada.
Weronika rzuciła we mnie poduszką.
- Ani się waż wykorzystywać swojego uroku osobistego!
- Dobrze, dobrze!
- Myślę, że powinnaś się jednak zdrzemnąć.
- Zostało mi całe półtora godziny snu.
- Zawsze to coś - Weronika pociągnęła mnie do swojego pokoju.
Zasnęłyśmy prawie natychmiast.
*******
W pracy byłam raczej mniej obecna niż zwykle. Co prawda rano wypiłam trzy kawy, ale okazało się, że kawa działa na mnie tak samo jak każdy inny napój bez procentów, czyli wcale. Unikałam Davida jak ognia co okazało się o tyle trudne, że jego gabinet sąsiadował z moim, a on jakoś wyjątkowo upodobał sobie ciągłe podróże po kancelarii. Nałożyłam makijaż, żeby nie było widać mojego zmęczenia. Ostatnie noce były dla mnie wyjątkowo męczące, a dnie pełne pracy i to w końcu uwidoczniło się na mojej twarzy.
- Wszystko w porządku?
Spojrzałam zdziwiona na Adelajdę. Zastanawiam się czy pytała szczerze czy chodziło tylko o to, żeby znaleźć jakiś powód, żeby naskarżyć na mnie szefowi.
- W porządku - odpowiedziałam powoli.
Skinęła głową i więcej nie zabrała już głosu. Odkąd pokazała mi kciuki uniesione do góry zastanawiałam się czy zmieniła do mnie stosunek. Szczerze w to wątpiłam, ale cóż.. nadzieja umiera ostatnia. Na całe szczęście piątkowy ranek i popołudnie nie były ulubionymi naszych klientów, jeżeli chodzi o załatwianie jakichkolwiek spraw z naszą kancelarią, więc mogłam dostosować tempo działania do własnych możliwości.
Przed wieczorną imprezą musiałam się chociaż trochę przespać.
Poranna spowiedź Weronice przyniosła pozytywny skutek. Przede wszystkim dlatego, że zrobiło mi się lżej na sercu. Poza tym uważałam, że temat Niny został wyczerpany na dzień dzisiejszy i nie miałam siły już więcej o niej myśleć co również wychodziło mi na dobre. Im mniej stresu i nerwów tym lepiej dla mojej głowy. Ze zniecierpliwieniem czekałam na przerwę na lunch. Chciałam zadzwonić do schroniska dla kotów. Wiedziałam, że Weronika uwielbia te futrzaki. Marzyła jej się zawsze czarna kotka, która będzie się do niej łasić i czasami psocić. Mieszkała sama w naprawdę ogromnym mieszkaniu, które, kiedy nie było w nim gości, zionęło totalną pustką. Czworonogi drapieżnik z pewnością wypełniłby tę dziurę.
W wyszukiwarce znalazłam numer telefonu do schroniska położonego na obrzeżach Warszawy. Chciałam się umówić jeszcze na dzisiaj i przywieźć do domu małego kociaka.
- Aimée, możesz zajrzeć do Roberta? Miał mi znaleźć jeszcze jedną rzecz na poniedziałek. A ty Adelajdo chodź, muszę ci coś pokazać.
David był zaskakująco mily tego dnia. Może miły to przesadne stwierdzenie. Jego zachowanie było neutralne. Spodziewałam się raczej wybuchów gniewu po wczorajszych uwagach Roberta.
Pomyślałam sobie, że spacerek na 21 piętro idealnie mi zrobi. Dotlenię mózg i może trochę się rozbudzę. Zaczęłam się wspinać trzymając się poręczy. Na półpiętrze zatrzymałam się na chwilę i popodziwiałam panoramę Warszawy. Chwilami była naprawdę piękna. Dzisiejszy dzień był chłodniejszy, a niebo zachmurzone. Pogoda napawała raczej przygnębiającą atmosferą, a mimo to czułam coś zupełnie odwrotnego. W jakimś sensie byłam szczęśliwa, że byłam tam gdzie byłam. Mieszkałam w mieście, do którego zawsze chciałam się przeprowadzić, miałam dobrze płatną i znośną pracę, moi przyjaciele byli mi oddani, a w dodatku czekała mnie wspaniała impreza!
Stanęłam przed wejściem do najściślej chronionego miejsca w całym biurowcu. Pojawiła się niezawodna drobna kobieta bez nazwiska.
- Witam ponownie - wymusiła na swojej twarzy uśmiech.
Wyglądała jakby miała szczękościsk. Znowu powiedziała jedno, a co innego miała na myśli. W jej głowie z pewnością pojawiło się zamiast tej uprzejmej formułki raczej: po cholerę znowu tu przylazłaś wścibska dziewczyno?
- Ja znowu do pana Wojciechowskiego.
Odwróciła się i wstukała kod do komnaty tajemnic. Robert siedział wlepiony w ekran tak jak ostatni razem. Zastanawiałam się czy od takiego siedzenia w jednej pozycji przypadkiem nie bolą go plecy. Ja umierałam po ośmiu godzinach za biurkiem, a i tak dość często wstawałam, żeby na przykład zrobić pieprzonemu Mavelowi kawę.
Droba kobieta bez nazwiska chrząknęła, a kiedy to nie poskutkowało zastukała w drzwi. Robert niechętnie odwrócił się od ekranu laptopa.
- O, cześć młoda! - uśmiechnął się.
Drobna kobieta bez nazwiska nie ukrywała zniecierpliwienia. Zaczęła stukać nerwowo obcasem.
Robert długą chwilę szukał niezbędnej mojemu szefowi kartkę w stercie jaka utworzyła się na jego biurku.
- Wybacz, ale dzisiaj nie odprowadzę cię na dół - podszedł i mnie przytulił (na powitanie?). - Musisz dać sobie radę sama. Ładnie dzisiaj wyglądasz.
- Eee.. - wzięłam od niego kartkę. - Dziękuję?
- Nie ma za co. To ja lecę, bo sporo pracy dzisiaj mam. Miłego dnia - pomachał do mnie.
- Miłego dnia - odmachałam.
Drobna kobieta bez nazwiska odprowadziła mnie do wyjścia i nie spuszczała ze mnie wzroku dopóki nie zniknęłam na schodach. Schodząc na 20 piętro śmiałam się sama do siebie. Spoważniałam dopiero przy moim biurku.
Była już przerwa na lunch, więc Davida nie było w jego gabinecie. Mimo to weszłam i położyłam kartkę koło jego laptopa. Wyszłam do kuchni i nalałam sobie wody. Wybrałam numer schroniska dla kotów i zadzwoniłam. Okazało się, że posiadali kilka czarnych kociąt, ale namawiali mnie na zaadoptowanie większego kota, któremu trudno jest znaleźć własny dom. Obiecałam, że się zastanowię i spytałam czy mogę przyjechać jeszcze tego samego dnia, żeby obejrzeć futrzaki.
- Nie widzę żadnego problemu. Bardzo miło mi będzie panią gościć.
- Czy jeżeli pojawię się między godziną 16tą, a 17tą to będzie jakiś problem?
- Oczywiście, że nie. Zapraszamy serdecznie.
- W takim razie do zobaczenia.
- Do zobaczenia.
Rozłączyłam się i sprawdziłam połączenie. Okazało się, że mój autobus odjeżdżał dopiero chwilę przed 16tą. Odszukałam więc sklep zoologiczny położony najbliżej mojego biurowca i postanowiłam, że od razu kupię wszystko co potrzebne. Byłam pewna, że kupię tego kota właśnie dzisiaj.
Wypiłam czwartą tego dnia kawę łudząc się, że może ta chociaż trochę mnie rozbudzi.
Kiedy wróciłam do swojego boksu Adelajda siedziała prosta jak struna. Miała ogromne oczy i wyglądała na naprawdę przerażoną. Zmarszczyłam czoło i nagle doszły mnie krzyki z gabinetu Davida. To było zdecydowanie lepsze na rozbudzenie niż kawa. Rozpoznałam głos mojego szefa. Byłam pewna, że kłóci się z kims przez telefon, ale na każdy jego atak odpowiadał mu niższy głos. Wydawało mi się, że ściany trzęsą się od tej kłótni. Spojrzałam pytająco na Adelajdę, ale ona bała się chyba nawet odezwać. W tej sytuacji nie poruszałam tematu.
Miałam tylko nadzieję, że David nie wydzierał się na jakiegoś klienta.
Po kilku minutach drzwi gabinetu gwałtownie się otworzyły. Wyszedł z niego wytworny mężczyzna ubrany w czarny garnitur i tego samego koloru krawat oraz białą koszulę. Miał ulizane włosy i jedną z najbardziej przerażąjących twarzy jakie widziałam w swoim życiu. Na palcu wskazującym lewej ręki miał złoty sygnet. Zaraz za nim wyszedł David. Jeszcze nigdy nie widziałam go tak wściekłego, a miałam okazję podziwiać różne jego napady gniewu.
Mężczyzna w czarnym garniturze rozejrzał się po pomieszczeniu i o ile pominął Adelajdę to moja osoba bardzo go zainteresowała. Z jego twarzy zniknął grymas wściekłości i uśmiechnął się do mnie. Jego uśmiech był bardziej przerażający niż surowa mina.
- Dzień dobry.
Wstałam z krzesła.
- Dzień dobry - skinęłam grzecznie głową.
- Davidzie może przedstawiłbyś mnie tej młodej damie?
- To moja sekretarka Aimée Wilamowska, Aimée to mój ojciec Dorian Mavel.
Moje oczy od razu zrobiły się większe. Czułam zażenowanie. Jak mogłam nie wiedzieć jak wygląda właściciel firmy, w której pracowałam? Przecież to był mój szef!
- Bardzo mi miło - podałam mu rękę.
Ucałował ją co nie spodobało się Davidowi.
- Ciekawe imię. Nie jest pani stąd?
- Urodziłam się w Polsce. Moi rodzice uwielbiają orientalne imiona.
- To bardzo ładne imię.
- Po francusku to znaczy "kochana".
Przeniosłam wzrok z Doriana Mavela na Davida. Patrzył na mnie innym wzrokiem niż normalnie. W jego oczach czaiło się zainteresowanie i czułość. Poczułam to od niego. Tak jak wtedy od profesora Madeja. Tylko, że to było coś więcej. To było coś wyjątkowego.
Jednak szybko się skończyło.
- To naprawdę śliczne imię - przyznał starszy Mavel.
Adelajda nie poruszyła się ani trochę odkąd Dorian Mavel pojawił się w naszym gabinecie. Nie rozumiałam dlaczego tak się go bała. Był całkiem miły. Z pewnością milszy niż jego syn.
- Musimy iść - odezwał się David.
- Oczywiście - odpowiedział zimno Dorian. - Niedługo wrócimy i mam nadzieję, że panią jeszcze tutaj zastanę - pocałował mnie w policzek na pożegnanie i razem z Davidem wyszli.
Usiadłam na swoim krześle z bananem od ucha do ucha. Dzisiaj wszyscy byli dla mnie dziwnie uprzejmi. Spojrzałam na Adelajdę, która dopiero teraz odzyskała czucie we wszystkich kończynach.
- Wszystko w porządku? - teraz ja przejęłam pałeczką wszystkowporządkowania.
- Przyszedł taki wściekły.. krzyczał na wszystkich. Musiałaś go chyba zaczarować.
- Nie rozumiem?
- Mój wuj rzadko kiedy jest miły. Szczególnie dla Davida. Mnie raczej omija, nie przepada za mną, że tak delikatnie to ujmę.
- Dlaczego jest taki oschły dla rodziny?
- Tego nie wiem.. tylko David zna prawdę. Ale nikomu jej nigdy nie wyjawił.
W tym momencie doszło do mnie, że rozmawiam normalnie z Adelajdą. Przeraził mnie ten postęp w naszych relacjach. Wolałam jednak nie wyrażać mojego zachwytu na głos ani za dużo o nim nie myśleć, żeby nie zapeszyć.
Wróciłam do pracy. Byłam tak zajęta, że nie zauważyłam, że Dorian i David już wrócili.
Dorian nachylił się nade mną, a ja aż podskoczyłam. Zaśmiał się i w tym momencie podskoczyła Adelajda.
- Byłabyś tak dobra i zrobiłabyś nam kawy? Dla mnie cappuccino.
- Oczywiście, proszę pana.
Kiedy przechodziłam koło niego musiałam otrzeć się o jego udo. W tym samym momencie coś spadło z trzaskiem. Okazało się, że to mój koszyk z długopisami.
Dorian spojrzał groźnie na Davida, ale na młodszym Mavelu nie zrobiło to wrażenia. Klęczałam przed moim szefem (tym bliższym mi szefem) i nie mogłam się pokusić, żeby nie spojrzeć na niego z dołu. Poczułam, że robi mi się mokro między nogami na ten widok. Zaczęłam zbierać długopisy i wkładać je do koszyka. David schylił się, żeby mi pomóc. Odłożyłam koszyk na biurko i wyszłam do kuchni bez słowa.
Odetchnęłam głęboko i wstukałam na ekspresie odpowiednią kawę.
Zaniosłam je moim dwóm szefom i wypełniłam jeszcze parę dokumentów.
Kiedy wybiła 15ta byłam już gotowa do wyjścia. Razem z Adelajdą wsiadłyśmy do windy i zjechałyśmy na dół. Co prawda nie zamieniłyśmy ze sobą w zasadzie słowa, ale miło było zjechać razem blaszanym pudełkiem w pokojowej atmosferze. Pożegnałyśmy się przed biurowcem i pognałam do sklepu zoologicznego.
Kupiłam jedzenie dla kociątek, kuwetę, kilka zabawek, żwir i torbę do przewozu kota. Z ulgą stwierdziłam, że wyposażenie naszego nowego lokatora wyniosło mniej niż się spodziewałam. Zdążyłam na autobus i pojechałam do schroniska.
Wybrałam takie, o którym dobrze pisano i mówiono. Przyjęła mnie krępa szatynka w krótkich spodenkach i koszulce na ramiączkach, z której wylewał jej się biust. Na głowie miała czapkę z daszkiem, a z tyłu miała wypuszczony koński kucyk. Podała mi rękę na powitanie.
- Anna Dudek. Bardzo mi miło, że pani nas odwiedza.
- Aimée Wilamowska, mnie również. Mam nadzieję, że znajdę tutaj tego jedynego, bo czeka już na niego wszystko w domu.
- Czy to z panią rozmawiałam dzisiaj przez telefon?
- Tak, tak.
- Poznaję po głosie. Więc mówiłam pani o starszych kotkach. Może chciałaby je pani obejrzeć?
- Oczywiście.
Kociaki, które nie nadawały się już do sprzedania miały od jednego roku w górę. Szanse na to, że ktoś je zabierze malały z każdym miesiącem. Zadziwiła mnie ich ilość. Nie wiedziałam, że może być ich aż tyle.
- A to i tak tylko 40% tego co znajduje się na ulicach. Ludzie są koszmarnie nieodpowiedzialni. Biorą zwierzę na święta, a potem się go pozbywają.
Zawsze miałam miękkie serduszko, więc czułam niepohamowaną chęć zabrania stamtąd od razu wszystkie kocięta. Ale jeden wyjątkowo przykuł moją uwagę. Był niesamowicie czarny i łypał na mnie zielonymi ślepiami.
- A ten ile ma lat?
- Prawie półtora roku.
- Wabi sie jakoś? - podeszłam bliżej klatki.
- Bonifacy.
Co prawda miałam wziąć kotkę, ale.. Spojrzałam na zwierzę uważniej. Pasowało do niego to imię. No i tak na mnie spoglądał.
- Biorę go.
Wpakowałam Bonifacego do torby do przewozu i ruszyłam na autobus. Biedak był nieco przerażony tą sytuacją i całą drogę dawał upust swojemu "miau". Całe szczęście, że podróżni mieli całkiem dobre humory. Zerkali zaciekawieni do Bonifacego, a on milkł wtedy i uważnie ich obserwował.
Kiedy dotarłam do domu byłam już porządnie zmęczona. Nie miałam pojęcia, o której Weronika zamierzała wyjść, ale ja musiałam przespać minimum cztery godziny, żeby dojść do normowych sześciu.
Oczywiście ucieszyła się na widok kociaka. Wycałowała mnie i posłała do łóżka. Zajęła się przygotowaniem kącika dla naszego nowego lokatora.
*******
Parę godzin później mogłam już wrócić do świata żywych. Bonifacy początkowo chował się za łóżkiem, ale kiedy się obudziłam wąchał noskiem wszystko co napotkał na swojej drodze. Próbowałam go pogłaskać, ale gdy tylko wyciągnęłam rękę schował się za sofę.
- Musisz mu dać jeszcze trochę czasu, żeby się oswoił - Weronika przyniosła mi kanapki z serem, pomidorem, rzodkiewką i ogórkiem solnym.
- Czym sobie zasłużyłam na takie rarytasy? - zabrałam się do jedzenia.
- Wszystkim - poczochrała mi włosy i pocałowała w policzek. - Idę się już przygotowywać.
Zajadając się kanapkami obserwowałam jak Bonifacy stopniowo wychyla się zza sofy. Zastanawiałam się co ubrać na dzisiejszy wieczór. Nie byłam nawet do końca pewna dokąd idziemy.
Odłożyłam talerz do zmywarki i zapukałam do toalety.
- Słucham?
Otworzyłam drzwi. Weronika stała w samej bieliźnie i malowała oczy.
- Dokąd tak w ogóle idziemy?
- Nie znasz.
- To jakiś elegancki klub?
- Powiedzmy. Ale nie aż tak.
- Czyli? - szturchnęłam ją, a ona przejechała sobie kredką po czole.
- Ty małpo! - zaczęła malować moje ramię.
- Odpowiadałabyś na pytania konkretnie to nie byłoby problemu!
- Ubierz szorty i tą srebrną koszulkę z dużym dekoltem na ramiączkach i powiększonymi dziurami na ręce.
Roześmiałam się słysząc o dziurach na ręce.
Założyłam, więc czarny stanik i koronkowe majtki. Przejrzałam się w lustrze, a Weronika zagwizdała na mój widok.
- Myślę, że nie jeden chciałby dotykać taki tyłeczek - wyszczerzyła się.
Ubrałam na siebie top i szorty i spojrzałam na siebie krytycznie. Moje uda były chyba za grube na takie spodnie. Do brzucha nie miałam pretensji, prezentował się całkiem w porządku, ale te nogi.
- Wyglądasz bosko, nie myśl już tyle - klepnęła mnie w tyłek.
Uśmiechnęłam się do niej. Objęła mnie mocno i znów ucałowała.
- Ta dziewczyna cię wykończy - roześmiałam się.
- Jak ją poznasz stwierdzisz, że jest tego warta.
Pokiwałam tylko głową i zamówiłam nam taksówkę. Weszłam jeszcze na chwilę do łazienki i podkreśliłam oczy długimi kreskami.
Miałyśmy się spotkać z Julią na miejscu. Byłam więc skazana na wiercącą się i piejącą z zachwytu Weronikę przez całe piętnaście minut.
- Już tak nie skacz.
- Uważasz, że dobrze wyglądam?
- Oczywiście, że tak! Pięknie jak nigdy.
- Ale ta spódniczka pasuje do moich oczu?
Parsknęłam śmiechem. Śmiałam się dopóki nie dojechałyśmy pod klub. Okazało się, że był równie dobrze skamuflowany co FERRE. Miałam tylko nadzieję, że w środku nie wygląda tak samo. Mieścił się w całej kamienicy, która została bardzo ładnie odrestaurowana. Mój wzrok padł na rzygającego nieopodal faceta. I po co odnawiać jak za chwilę i tak ktoś puści pawia? Odwróciłam się, żeby podzielić się moją uwagą z Weroniką, ale gdzieś mi zniknęła. Rozglądałam się uważnie i dopiero po paru sekundach udało mi się ją zlokalizować. Stała koło wysokiej i szczupłej brunetki i paplała coś jak najęta. Kobieta wpatrywała się w nią szczerze zainteresowana jej opowieścią.
Dobrze zaczęła naszą znajomość.
Stanęłam za Weroniką i grzecznie czekałam, aż przedstawi mnie swojej nowej zdobyczy.
Czekałam i czekałam i czekałam i czekałam i czekałam.. i wciąż czekałam. I już nie wytrzymałam.
Dotknęłam ramienia Weroniki, a ona się odwróciła i przez chwilę miałam wrażenie, że w ogóle mnie nie poznaje.
- Ah, no tak! Julio poznaj moją przyjaciółkę.
Wymieniłam kolejny tego dnia uścisk dłoni i stwierdziłam, że chyba za dużo już tego poznawania się z obcymi ludźmi jak na jeden dzień.
Julia była naprawdę gorącą laską. Miała długie do połowy pleców włosy, hipnotyzujące oczy i pełne usta. Mogła się pochwalić także pokaźnym biustem i niesamowicie szczupłymi nogami, które w szpilkach wyglądały jeszcze lepiej. Nie przyćmiewała jednak urodą mojej Weroniki. Ciężko było zresztą równać się z panną Romanowską. Razem tworzyły naprawdę piękną parę. Miałam nadzieję, że Julia Dębska to nie tylko ładne opakowanie, ale też bogate wnętrze.
Jedno było pewne, tego wieczora nie mogłabym tego sprawdzić. Kiedy weszłyśmy do klubu w nasze uszy wstąpiła taka ilość różnych dźwięków, że dogadanie się tutaj nie wchodziło w grę. Nawet przy barze trzeba było się komunikować na migi, żeby kupić sobie piwo.
Musiałyśmy poczekać na jakiś wolny stolik, bo niestety wszystkie były zajęte. Żeby nie tracić czasu od razu udałyśmy się na parkiet, żeby trochę poszaleć. Wypatrywałam w tłumie jakiejś ofiary, na którą miałabym ochotę. Nikt szczególny nie rzucił mi się oczy, za to ja zainteresowałam parę osób. Pewnie te napalone neandertale rzuciłyby się na pożarcie Weroniki, ale ona była całkowicie pochłonięta Julią (lub też wchłonięta przez Julię). Starałam się grzecznie ich spławiać, ale niestety do większości docierały tylko kopniaki w kolana lub deptanie po stopach.
Dojrzałam w końcu zza tłumu zwalniającą się sofę narożną, więc pognałam do niej, ciągnąc za sobą Julię i Weronikę. Kiedy zajęłyśmy miejsca można było pomyśleć o czymś z procentami. Czułam potrzebę porządnego znieczulenia się. Zebrałam zamówienia i poszłam do baru zamawiać na migi drinki.
Wróciłam do dziewczyn i wszystkie jednym haustem wypiłyśmy zawartość naszych szklanek. Zrobiłam drugą rundkę i trzecią i dopiero wtedy otoczenie stało się znośne. Nie, żeby klub nie był fajny. Nie był ani melanżownią ani przesadnym luksusem. Cieszył mnie wybór Weroniki. Przy wejściu panowała selekcja, więc pozwoliło to na ograniczenie ilości grubiańskich goryli, którzy i tak stopniowo wyłaniali się z tłumu. Zaoferowałam się, że zostanę i popilnuję naszych rzeczy, żeby dziewczyny mogły się wyszaleć. Byłam bardzo zadowolona widząc szczęśliwą Weronikę i czułam, że wreszcie coś w moim życiu zaczyna się powoli układać.
Dziwne było tylko to, że dochodziłam do takich wniosków w klubie.
Julia zaprosiła jeszcze kilkoro swoich znajomych. Zaczynali się tłoczyć wokół naszego stolika. Większość z nich stanowiły kobiety co bardzo mnie cieszyło. Nie miałabym chyba zaufania do samych mężczyzn. Domyślałam się, że część z nich to lesbijki i tworzą pary, ale jeżeli już to były to wolne związki. Widziałam jak dziewczyny co nóż zmieniały partnerki. Julia jednak nie dopuszczała do tego w przypadku Weroniki, czym znowu zapunktowała. Zyskiwała coraz więcej w moich oczach. Rozluźniłam się wiedząc, że moja przyjaciółka jest w dobrych rękach.
Weszłam parę razy na parkiet i co jakiś czas doglądałam Weroniki. Nie miałam ochoty na poznawanie nowych ludzi, więc trzymałam się raczej na uboczu naszej paczki.
Zaczynałam nabierać kolorów na twarzy i miałam całe zeschnięte gardło. Czas na procenty!
Stanęłam przy barze koło jakiegoś mężczyzny w garniaku i zamówiłam kolejnego drinka. Chwilę później przy moim boku pojawiła się Weronika. Skinęła głową na faceta siedzącego po mojej lewej stronie.
- Jaki przystojny. Bierz się za niego.
Zrobiło mi się już dobrze, więc przystałam na jej propozycję. Odwróciłam się w stronę eleganta i w jednej sekundzie otrzeźwiałam. On też spojrzał na mnie i, co gorsza, rozpoznał mnie. Wróciłam z powrotem do Weroniki zasłaniając się ręką.
- To mój szef.
- Hohohohoh - zatoczała się ze śmiechu i prawie spadła z krzesła barowego.
Przytrzymałam ją i zaczekałam, aż złapie równowagę. Chciałam wziąć swojego drinka i jak najszybciej uciec z tamtego miejsca, ale ręka mojego szefa zacisnęła się na moim lewym nadgarstku.
Wpadłam.
- Hej - uśmiechnął się do mnie.
- Dobry wieczór.
Byłam pewna, że zbędę go oficjalnym tonem, ale on tylko się do mnie przysunął.
- Relaks po pracy?
Kiwnęłam głową i zaczęłam nerowowo sączyć drinka.
- Zatańczymy?
Wytrzeszczyłam oczy ze zdumienia.
David nie czekał jednak na moją odpowiedź i pociągnął mnie na parkiet. Stanęłam przed nim jak kołek. Przysunął mnie do siebie, a ja siłą rzeczy musiałam oprzeć się na jego ramionach. Stał w swoim garniturze, wciąż elegancki i pachnący i przyglądał mi się skupionym wzrokiem. W swoich szortach i odsłaniającej prawie wszystko koszulce czułam się naga. Położył dłonie na moich biodrach i zaczął nimi delikatnie kołysać. Przyjrzałam mu się. Nie był aż tak pijany, jakim cudem zaciągnął mnie do tańca?
Jednak taniec z nim był naprawdę przyjemny. Trzymałam się go kurczowo jakbym się bała, że może w każdej chwili zniknąć.
Odwrócił mnie tyłem do siebie i położył jedną rękę na moim brzuchu, a drugą zostawił na moim biodrze. Nachylił się do mojego ucha i podwinął moją koszulkę.
- Rozluźnij się - powiedział przez zaciśnięte zęby.
Odwróciłam się do niego i spojrzałam mu w oczy. Czułam się całkowicie zagubiona. Nie wiedziałam czy słuchać reakcji mojego ciała czy dopuścić do głosu mój mózg, który nie mógł dłużej znieść tej sytuacji. David patrzył na mnie spokojnym wzrokiem. Nie było w nim nic z tego co widziałam dzisiaj rano w biurze. Żadnego gniewu, złości. Byłam przy nim tak drobna. Robił ze mną co chciał. Przypomniało mi się jak klęczałam przed nim i patrzyłam na niego z dołu. Teraz czułam się podobnie.
- Reaguj na mnie.
Chciałam go pocałować. Miałam tak straszną ochotę zasmakować jego ust. Ale mogłam tym ruchem wszystko zniszczyć. Zamiast tego wpatrywałam się w niego jak głupie cielę. Położyłam dłonie na jego piersi i poczułam jak wciąga powietrze. Nachylił się do mnie i włożył ręce do kieszeni moich szortów. Nasze usta dzieliły centymetry, a ja prawie drżałam z przejęcia.
Już dawno nie reagowałam tak na nikogo. Nawet Gabriel nie był w stanie obudzić we mnie takich emocji. David mnie pragnął. Czułam to każdą częścią mojego ciała. Nie myliłam się, chciał mnie, naprawdę mnie chciał. Byłam tak zachwycona tą wizją, że moje super ego musiało wkroczyć do akcji.
Jest pijany idiotko. Inaczej nie tknąłby cię palcem.
Spuściłam wzrok i wpatrywałam się w jego klatkę piersiową. Musiał dostrzec zmianę w moim nastroju, bo cały się napiął.
Chwycił mnie za rękę i wyciągnął z klubu. Dałam mu się ciągnąć jak szmacianą lalkę. Czar prysł.
Dzięki super ego. Wiem, że dla ciebie to drobiazg.
David zatrzymał się przy ławce niedaleko klubu i usiadł na niej. Poklepał miejsce obok siebie. Usadowiłam się koło niego i syknęłam kiedy zimna powierzchnia przemroziła mi dupsko. Dzień był pochmurny i raczej chłodny, więc noc była jeszcze zimniejsza. Przynajmniej dla kogoś ubranego w szorty i koszulkę na ramiączkach.
- Aż tak źle?
- Da się wytrzymać.
- Czekaj, wstań - położył na ławce swoją marynarkę. - Teraz usiądź.
No i zapadła niezręczna cisza. Ręka Davida wylądowała za moimi plecami, na oparciu ławki. Odwróciłam się w jego stronę i w tym momencie moje kolano zetknęło się z jego udem. Zaczęłam bawić się swoim pierścionkiem, żeby zająć czymś ręce.
- Jak ci się podoba twoja nowa praca?
Dobry znak. Był na tyle ogarnięty, żeby sobie przypomnieć, że razem pracujemy. Zastanawiałam się tylko czy sobie przypomina, że jest moim szefem.
- Jest ciekawa - mruknęłam.
- A jakie jej aspekty ciekawią cię najbardziej? - przysunął się do mnie bliżej i położył swoją rękę na moim ramieniu.
Czy ja dobrze zrozumiałam jego pytanie? Otworzyłam usta, żeby coś odpowiedzieć, ale zaraz je zamknęłam, no bo co ja niby miałam mu powiedzieć?
- No cóż.. - wyrzuciłam z siebie.
- Uważasz mnie za dupka? - to było bardziej stwierdzenie niż pytanie.
Chciałam odpowiedzieć, ale nie dał mi szansy. Zbliżył moje usta do swoich i, oprócz woni alkoholu, poczułam też jego własny zapach. To poruszyło moje strefy erogenne.
Siedziałam co prawda jak posąg, ale we wnętrzu mojego ciała wybuchały prawdziwe fajerwerki. Nie było mi już chłodno. Na moich policzkach znowu pojawiły się delikatne rumieńce.
Nienawidzę reakcji mojego organizmu!!
- Mam nadzieję, że nie psuję ci czerpania przyjemności z pracy. Nie psuję?
- Nie, skąd.
- Kłamczuszek - pogładził mnie po włosach.
Temperatura znowu wzrosła.
- Jesteś chyba najsłodszą dziewczynką jaką kiedykolwiek poznałem.
Dziewczynką.. Przyjrzałam się jego twarzy. Dopiero teraz zauważyłam, że dla niego rzeczywiście mogę być tylko uroczą panienką. Mogło nas różnić maksymalnie dziesięć lat. Może piętnaście.
- Tak chyba nie wypada.. - głos rozsądku zaczął się przeciskać przez moje usta.
- Ale my nic nie robimy - uśmiechnął się do mnie.
Był naprawdę urzekający. Rozbroił mnie całkowicie. Nawet kiedy siedzieliśmy było widać, że jest ode mnie dużo większy. O głowę, a nawet półtora. Nie należałam do niskich osób, ale najwyższa też nie byłam.
- Jeszcze nic nie robimy - dodał po kilku sekundach nachylając mi się do ucha.
Jęknęłam cicho i modliłam się, żeby on tego nie usłyszał.
Dziewczyno, ogarnij się wreszcie!
Odsunęłam się od niego nieco i wyprostowałam się. Otworzyłam usta, ale zamarłam na widok twarzy Mavela. Musiałam coś powiedzieć. Wzięłam wdech i już zaczynałam zdanie kiedy ktoś krzyknął za moimi plecami moje imię.
- Tutaj jesteś! - Weronika opadła na ławkę i zaczęła się śmiać.
Skonsternowana przyglądałam się jej, a David wykorzystał okazję i pod pretekstem spoglądania na moją przyjaciółkę, przysunął się do mnie i znowu zetknął się moim ciałem. Wypuściłam głośno powietrze z płuc, ale tym razem nie jęknęłam.
Sukces!
- Nie było cię tyle czasu, że prawie dostałam zawału - spojrzała na mnie.
Widocznie zauważyła coś za moimi plecami, bo zaczęła się baczniej przyglądać.
- Czy to ten przystojniak w garniaku? - zmrużyła oczy. - Oh, tak, to on! Nie wierzę. Aimée, ty kocico! - darła japę na całą ulicę.
Myślałam, że ją zabiję w tamtym momencie.
- A więc jestem przystojny? - David mruknął koło mojego ucha.
Nie zwracałam na niego uwagi, bo widziałam, że Weronice zbiera się na pawia.
- Co ty ze sobą zrobiłaś! Zostawić cię tylko na chwilę - związałam jej włosy w kucyk i podprowadziłam ją pod drzewo.
Miałam problem, żeby ją utrzymać, ale z pomocą przyszedł mi mój szef.
- Jaką chwilę! - powiedziała jeszcze zanim zaczęła wymiotować.
- Gdzie jest Julka? - jak ona mogła ją zostawić w takim stanie?!
- Tttam - Weronika wskazała na inne drzewo.
- O matko.. - Julia klęczała koło drzewa i ledwo utrzymywała równowagę.
- Nie wierzę w to.
Podniosłam Julię i zawlokłam pod nasze drzewo. Spojrzałam na zegarek. Dochodziła druga w nocy. Impreza się skończyła.
- Muszę je zabrać do domu.
David kiwnął głową.
- Zadzwonię po taksówkę - wyciągnął telefon z kieszeni, a ja sprawdzałam stan jednej i drugiej dziewczyny.
Taksówka nadjechała w kilka minut. Kierowca początkowo nie chciał nas zabrać (pewnie bał się o swoją tapicerkę), ale kiedy David zamachał mu przed nosem plikiem banknotów, już nie oponował dłużej.
- Pojadę z wami. Przyda Ci się pomoc.
Wtargaliśmy Weronikę i Julkę do samochodu i ruszyliśmy do mieszkania mojej przyjaciółki.
- Może pan jechać trochę szybciej? - David odwrócił się do tyłu i spojrzał na mnie współczująco.
Siedziałam między dwoma pijaczkami, a one traktowały mnie jak oparcie. Oczekiwałam w napięciu, aż dojedziemy na miejsce i modliłam się, żeby żadna z dziewczyn się na mnie nie zbełatała. To jest dopiero życie na krawędzi.
Kierowca zatrzymał się przed drzwiami naszej kamienicy i podał Davidowi kwotę. Stawka nocna za taryfę to był jakiś obłęd w tym zasranym mieście. Mój szef wziął Weronikę na ręce, a Julka oparła się o moje ramię. Była wyższa ode mnie, ale na całe szczęście lżejsza.
- Daj klucze. Jak wejdę na górę i ją tam zostawię to zejdę po drugą - skinęłam głową.
Całe szczęście, że go ze sobą zabrałam. W sumie to on się wprosił.
Wdrapywanie się po schodach z kimś uwieszonym na ramieniu to naprawdę koszmar. Kiedy zaczęłyśmy wchodzić na drugie piętro dobiegł do nas David i wziął Julkę na ręce tak jak Weronikę. Szedł trochę szybciej ode mnie, więc zostałam w tyle. Nie wzięłam leków na astmę, a wtarganie dziewczyny mojej przyjaciółki na drugie piętro to był nielada wysiłek mimo jej małej masy.
David schodził już z czwartego piętra trzeci raz. Znalazł mnie na półpiętrze między czwartym, a trzecim poziomem.
- Źle się czujesz? - podciął mi nogi i podniósł mnie.
Uchwyciłam się mocno jego szyi.
- Skąd pan ma tyle siły?
Wnosił już trzecią dziewczynę. Nie wyglądał na takiego mięśniaka.
- Trochę ćwiczę - uśmiechnął się. - Jest okey mała?
Kiwnęłam potakująco głową. Wniósł mnie do przedpokoju i zatrzasnął nogą drzwi. Staliśmy tak chwilę i przyglądaliśmy się sobie dopóki nie doszły nas odgłosy z salonu.
- Pomogę ci je ułożyć do łóżka - odstawił mnie na nogi.
- Tam jest pokój Weroniki. Ma duże łóżko, możemy je tam położyć - spojrzałam krytycznie na moją przyjaciółkę. - Ale trzeba by było je przebrać.
Kiwnął głową.
- Przyniosę jakieś rzeczy. Może je pan popilnować?
- Jasne.
Przyniosłam dresy Weroniki. Chciałam sama je przebrać, ale David sam się zaoferował, żeby mi pomóc, więc postanowiłam skorzystać. Nie był gwałcicielem, ine i tak nie będą tego pamiętały, a w dwójkę pójdzie nam szybciej.
Tak, przekonałam sama siebie, że to dobry pomysł.
Mavel ułożył obie dziewczyny na łóżku Weroniki, a ja przyniosłam do pokoju mojej przyjaciółki dwie miski i ułożyłam przy każdej z nich.
- Gdybyście się źle czuły to krzyczcie. W porządku?
Weronika coś pomamrotała i chrapnęła.
- Chyba to do nich nie doszło.
Wyszliśmy z Davidem do salonu.
- Może się pan czegoś napije?
- Nie, będę już leciał. Zamówię taksówkę.
- A, właśnie - wyciągnęłam portfel z torebki. - Ile wyniosła ta przejażdżka?
- Daj spokój.
- Nie, nie. Nie lubię być czyjąś dłużniczką.
- Aimée - podszedł do mnie bliżej i zabrał mi portfel.
Rzucił go na stół i wziął moją twarz w swoje dłonie.
- Daj spokój. Dla mnie to nie problem. Podoba mi się to, że jesteś moją dłużniczką.
Patrzył na mnie chwilę i wyjął telefon z kieszeni. Zamówił taksówkę.
- Za pięć minut? Wspaniale - uśmiechnął się do mnie.
- Dziękuję za pomoc. Nie poradziłabym sobie sama.
- Tak, wiem.
Tak, wiem? Co to za odpowiedź?
Założył na siebie marynarkę, którą wcześniej rzucił w przedpokoju.
- Proszę poczekać - otrzepałam mu ją.
Jak można rzucać tak drogimi marynarkami na podłogę? Co za człowiek.
- Dzięki - David spojrzał w dół i uśmiechnął się.
Koło moich nóg stał Bonifacy. Wyglądał jak nasza przyzwoitka. Wyciągnął łapkę z pazurkami w stronę mojego szefa.
- Chyba nie przypadł pan mu do gustu.
- Nie o jego aprobatę zabiegam - mój szef podszedł do mnie i pocałował mnie w policzek, a później pogłaskał Bonifacego, który o dziwo nie uciekł. - Dziękuję za wieczór pełen wrażeń. Do zobaczenia Aimée.
Przystanął przy drzwiach i obrzucił mnie wzrokiem.
- Zamknij drzwi i leć już spać.
Kiwnęłam głową.
- Spokojnej drogi.
Bonifacy miauknął na pożegnanie i przeciągnął się.
Zamknęłam drzwi i usiadłam pod nimi. Potarłam skronie. Zmusiłam się do pójścia pod prysznic. W mojej głowie pojawiały się wydarzenia z tego wieczora. Musiałam rozładować swoje napięcie. Oparłam się czołem o kafelki i zagryzłam dolną wargę.
- Davidzie, co ty ze mną robisz...
Zmyłam makijaż i uczesałam włosy. Spojrzałam na swoje odbicie w lustrze.
Najpierw uwiodłaś swoją wykładowczynię, a teraz bierzesz się za szefa.
Moje super ego zaczęło atakować. Ale w tym wypadku miało chyba rację. Trzeba wyjaśnić tę sprawę z Davidem i zakończyć te głupie zaloty. A tymczasem.. Zajrzałam do dziewczyn i patrząc, że spokojnie śpią głośno chrapiąc udałam się do swojego pokoju.
Położyłam się i wtuliłam w poduszkę. Nie o jego aprobatę zabiegam.
Bonifacy ułożył się w moich nogach na łóżku i zaczął mruczeć. Jednostajne odgłosy, które z siebie wydawał sprawiły, że stałam się senna. Myśląc o Davidzie szybko wpadłam w objęcia Morfeusza.
*******
Zaczynam się rozwijać, jeżeli chodzi o długość rozdziałów. Ten zajmuje 24 strony i zawiera ponad 8 tysięcy słów! Wydaje mi się być też najlepszym ze wszystkich, które do tej pory napisałam. Poświęciłam mu dzisiaj całą noc, więc mam nadzieję, że trud się opłaci i wam się spodoba.