poniedziałek, 22 września 2014

X

Siedziałam lekko otępiała na fotelu i zastanawiałam się, co się tak właściwie wokół mnie dzieje. Przed chwilą odwiedziłam moją przyjaciółkę i jej koleżankę. Stan dziewczyn był stabilny. Co jakiś czas dochodziły mnie ich krótkie chrapnięcia. Miały szczęście. Mój organizm wymagał wczesnej pobudki, po wypiciu znacznej ilości alkoholu.
Poranek wydał mi się najgorszą z pór dnia, jaką mogłam wybrać. Popołudnie jest w porządku, wieczór jest w porządku, ale rano?! Rano dzień dopiero się zaczyna i człowiek myśli o tym wszystkim, co może go spotkać i co musi zrobić. Popołudniu nie ma na to czasu, a wieczorem zwykle jest się zmęczonym albo zamęczanym przez Weronikę Romanowską. Poranek, jednak przywołuje zdarzenia poprzedniego wieczoru. A moje wspomnienia nie były najlepsze. 
Poczułam ciarki na plecach w tym samym momencie, gdy w mojej głowie pojawił się obraz pieprzonego Mavela. Jego rozczochrane włosy, kosmyk opadający na czoło. Błysk w oku, gdy spoglądał na moje uda. Filuterny uśmiech, gdy jego wzrok rejestrował moje rumieńce, jakkolwiek dobrze skrywane. Jego ręce na moich biodrach, poruszające nimi delikatnie, ale stanowczo. Czułam ciepło w moim ciele na wspomnienie jego bliskości.. Pokręciłam głową. 
Zbyt gwałtownie.
Siedziałam przez chwilę z rozchylonymi ustami i, po chwili, stwierdziłam, że trzeba się jakoś otrząsnąć. Sięgnęłam po pilota, nacisnęłam czerwony przycisk i moim oczom ukazała się wystrojona modnie blondyna, która opowiadała o urokach peralgonii. Przeskoczyłam na następny kanał, na którym, w rytm bębnów, tańcowała kolejna blondyna. Ciekawe. Czy w telewizji są same blondynki? Kolejny kanał, następny, TVP Sport, TVN7... David Mavel.
Odłożyłam pilota i rozłożyłam się na łóżku. Naprawdę usilnie starałam się skupić nad problemem nastolatków w "Sądzie rodzinnym". Kiedyś oglądałam to nałogowo. Ale kiedyś w moim życiu nie było Davida Mavela. Wtedy też nie sypiałam z byczkami pokroju Gabriela Curtisa. W tamtych dawnych czasach - czyli miesiąc temu - byłam szarą, zakompleksioną myszką, która nie zrobiłaby nic szalonego. Teraz byłam inną Wilamowską. I taka Aimée bardzo mi się podobała. Choć nie tak bardzo, jak mój szef.
Powinnam była się wstydzić. Powinnam była liczyć na to, że pieprzony Mavel o niczym nie pamięta. Był tak wstawiony.. Nie może pamiętać..
Zakryłam twarz dłońmi. Trzeba było to omówić. Musiałam się zebrać na odwagę.
Zdaje się, że historia próbowała zatoczyć koło, ale nie było takiej możliwości. Nie, nie, nie. Dość się już sparzyłam. Koniec z Davidem Mavelem.
Przyłożyłam głowę do poduszki i, mając już wszystko postanowione, spokojnie zasnęłam.
Na całe trzy minuty. Doszło mnie pukanie do drzwi. Przetarłam oczy i zwlokłam się z łóżka. Zaczęłam szybko przeczesywać włosy i związałam je w niechlujny kok. Otworzyłam drzwi, zamrugałam dwa razy i ostentacyjnie zaniemówiłam na widok zagniewanej twarzy Gabriela. Spoglądał na mnie, a ja nie bardzo wiedziałam na co czekamy.
- Ooo.. - wyjąkałam w końcu.
- Cześć - wyminął mnie w drzwiach. - Musimy porozmawiać.
- Tak, tak, wejdź proszę - zmarszczyłam czoło urażona.
Zamknęłam drzwi i powróciłam do mojego gościa.
- Wiem już.
- Dobrze, bez spin.
- Wiem, słyszysz?!
- Nie krzycz. Chodź.
Próbowałam wziąć go za rękę, ale mi ją wyrwał. Poszedł przodem, a ja przewróciłam oczami. Było za wcześnie na znoszenie takich humorów.
- Gabriel..
Chwycił mnie mocno i przyparł do ściany, gdy tylko zamknęły się drzwi.
- Auć, chwila - popchnęłam go, ale ani drgnął.
- Wiem, Aimée.
- Co wiesz?!
Ilość "wiem" w tej rozmowie, przekroczyła już granice zdrowego rozsądku.
- Migdaliłaś się z jakimś elegantem. Wczoraj wieczorem.
Przez chwilę mnie zamurowało.
- I gdzie tu problem?
- Dotykał cię inny facet - akcentował każde słowo.
Nie mogłam się powstrzymać. Wybuchnęłam śmiechem prosto w jego twarz, czego w następnej sekundzie bardzo pożałowałam.
- Gabrielu, kpisz sobie.
- Co cię tak bawi? - przysunął się do mnie.
Poczułam jak mnie przytłacza. Poczułam potrzebę ucieczki. Ale Gabriel by mnie nie skrzywdził. Wiedziałam to. Zdrowy rozsądek, nie emocje. Spokój. Przeszłość odstawiamy na półkę.
- Próbuje mnie pouczać facet, który niedawno rżnął się z jakąś dziwką, za moimi plecami?
Odsunął się minimalnie i zmarszczył czoło.
- Daj już spokój, Curtis. Nie rób z siebie pajaca. Nie jestem twoją własnością. Nic ci nie obiecywałam. Jedna randka nie zobowiązuje mnie w żaden sposób. Nie było żadnych ślubów czystości. Chyba, że sobie czegoś nie przypominam?
- Myślałem..
- Nie myśl. Jestem prawie pewna, że w ciągu ostatnich 48 godzin przez twoje łóżko przewinęła się chociaż jedna laska.
- Ale ty..
- Co ja, Gabrielu?
- Nie możesz chcieć nikogo innego - zaczął mnie całować.
Odepchnęłam go i spojrzałam na niego z wyrzutem.
- Co ty robisz? - przyjrzałam mu się podejrzliwie.
Podniósł mnie i zaniósł do łóżka. Kiedy moje stopy oderwały się od ziemi, od razu przypomniało mi się nocne wchodzenie po schodach. Mięśnie Davida pod białą koszulą. Jego zapach. 
- Aimée?
Moim oczom znowu ukazał się pokój, z Gabrielem Curtisem na czele.
- Tak?
- Nigdy nie czułem potrzeby bliskości z inną dziewczyną, aż tak boleśnie.
- Czy to jest komplement?
Zastanowił się chwilę.
- Możliwe.
- Chcesz mi powiedzieć, że nigdy nie czułeś potrzeby wepchnięcia swojego kutasa do czyjejś waginy więcej niż raz?
- Nie chodzi tylko o seks.
- Lepiej by było dla ciebie i dla mnie, gdyby chodziło wyłącznie o seks. Nie mam czasu na romanse.
Pogłaskał mój policzek. Nie bardzo wierzyłam, że coś takiego mogło przecisnąć się przez moje usta. Nie mogłam jednak czuć niczego do Gabriela po wczorajszym wieczorze. Curtis nachylił się do mnie i zaczął muskać językiem moją szyję. Leżałam oparta na łokciach i czułam, jak ręka mojego kochanka spoczywa między moimi rozchylonymi udami. 
Myliłam się. Czułam coś do Gabriela. Coś więcej niż pociąg fizyczny. Poczułam to zatapiając się w jego ustach. Objęłam go mocno i prawie się w nim zatraciłam. Tę rozkoszną scenę przerwał nam jednak mój telefon, który rozdzwonił się na całe mieszkanie. Gabriel nie chciał mnie puścić.
- Proszę..
Niechętnie ze mnie zszedł.
- Halo? - poprawiłam sobie koszulkę.
- Cześć Aimée.
Serce zaczęło walić, jak oszalałe na dźwięk jego głosu.
- Eee.. - wyszłam do salonu, pozostawiając Gabriela na moim łóżku.
- Jak się czujesz?
- Hm.. dobrze, dobrze..
- A Twoje towarzyszki?
- Ciężko stwierdzić, jeszcze śpią.
- Wpadnę do ciebie dzisiaj.
- Kiedy? - przeraziłam się nie na żarty.
- W najbliższym czasie - w jego głosie dało sie wyczuć nutkę kpiny.
- W najbliższym czasie.. - spojrzałam przerażonymi oczami na mój pokój. - Davidzie..
- Pip.. pip.. pip..
- O nie, o nie, o nie! - zaczęłam tupać nogą.
Rozłączył się!
Moje zaskoczenie nie znało granic. Rzuciłam telefon na kanapę i włożyłam ręce we włosy.
- Kto dzwonił?
Podskoczyłam w miejscu słysząc głos Curtisa. Co miałam mu powiedzieć? Trzeba go było jak najszybciej stąd wyrzucić.
Oh, dlaczego on do mnie przyszedł? Czemu akurat dzisiaj?
Patrzyłam na Gabriela udręczonym wzrokiem, z którego nie mógł nic wyczytać. Na jego twarzy malowała się konsternacja, która zaczęła się przeradzać w... o nie.. w troskę? Tylko nie współczująca mina!
- Moi rodzice - odwróciłam się do niego plecami, żeby ukryć rumieńce świadczące o perfidnym kłamstwie. - Niedługo do mnie przyjadą. Nie może cię tu być Gabrielu.
- Rodziców się boisz? Zrobię dobre pierwsze wrażenie, obiecuję - objął mnie od tyłu i ucałował w policzek.
- Gabrielu, nie. Musisz iść. Błagam cię - moje proszące spojrzenie i strach w oczach chyba zaczęły go przekonywać.
Do tych ostatnich reakcji nie musiałam się zmuszać. Byłam prawdziwie przerażona tym, co miało mnie spotkać już niedługo. Nie mówiąc o tym, że w moim mieszkaniu nadal znajdował się Gabriel Curtis, który nie pogardziłby okazją, żeby pokazać mojemu szefowi, kto ma do mnie jakie prawa.
- Dobrze, już dobrze. Ale zadzwonisz do mnie? - pocałował mnie i zaczął iść do drzwi.
Ulga, którą poczułam, widząc dokąd zmierza, całkowicie odebrała mi rozum i oczywiście zapewniłam go, że zadzwonię. Otwierając drzwi przyciągnął mnie jeszcze do siebie i pocałował.
- W takim razie do później - wyszczerzył do mnie zęby i zaczął zbiegać po schodach.
Patrzyłam jeszcze przez chwilę na jego sylwetkę. Nie mogłam uwierzyć, że zainteresował się mną taki facet. I jeszcze mój szef.. Rozejrzałam się po mieszkaniu. Sterylnie oczywiście nie było.
- W dupie porządek, to tylko mój szef - przetarłam oczy i postanowiłam zajrzeć do pokoju mojej przyjaciółki.
Taktownie zapukałam do drzwi. Nie chciałam natknąć się na jakąś scenę, która sniłaby mi się po nocach. Pewnie snów nie zaliczyłoby się do kategorii koszmarów, ale miałam o czym snuć swoje nocne fantazje. Dodatkowe atrakcje nie były mi potrzebne.
Po pomruku, który doszedł mnie zza drzwi, odważyłam sie wejść do świata Weroniki. Dziewczyny leżały przytulone i o czymś cicho rozprawiały. Widząc ich twarze powoli zaczynałam im współczuć. Ich kac-gigant z pewnością je przygniótł.
- No siemanko - Weronika pomachała do mnie zza pleców Julii, która skinęła mi w tym czasie głową.
- Jak noc minęła? - uśmiechnęłam się do nich.
- Było trochę burzliwie - moja przyjaciółka poklepała się po brzuchu.
- Głodne?
- Zaaaawsze!
- Tosty?
- Kochanie, zamów nam pizzę!
- Na śniadanie? - zdziwiłam się.
- Kochanie? - zdziwiła się Julia.
Weronika od razu skupiła całą uwagę na swojej dziewczynie. Miała się z czego tłumaczyć. Uśmiechnęłam się do siebie wspominając te czasy, kiedy ja też byłam zazdrosna o byle co. Nie, żebym teraz z tego wyrosła, ale takie kłótnie potrafią być męczące. I cieszyłam się, że ograniczyłam ich ilość, w swoim życiu, do minimum.
Włączyłam laptopa i zaczęłam szukać numeru pizzerii. Jako, że nie mogłam się zwrócić do dziewczyn z pytaniem o to jaką pizzę chcą, postanowiłam złożyć nasze standardowe zamówienie: duża Capriciosa i duża Napoletana. Kiedy byłam w trakcie podawania adresu, doszło mnie pukanie do drzwi. Otworzyłam i wpuściłam do mieszkania najprzystojniejszego faceta, jakiego kiedykolwiek widziały moje oczy.
- Przepraszam, nie dosłyszałam numeru mieszkania.. halo? Halo? Halo?
- Tak.. już... Przepraszam bardzo.. o co pani pytała?
- O numer mieszkania - dziewczyna była już zirytowana.
- O tak.. 9 przez 15.
- Do 30 minut powinna się pani kogoś spodziewać z zamówieniem.
- Eee.. tak.. dziękuję bardzo.
Odłożyłam telefon i wpatrywałam się w mojego szefa, który wpatrywał się we mnie. Jego piękno było niezaprzeczalne. Czułam się przy nim taka drobna i lekka. Jego usta były jak zawsze zaciśnięte w prostą linię, ale w jego oczach nie było chłodu. Odruchowo poprawiłam sobie włosy. Dotykając mojego niechlujnego koka zdałam sobie sprawę, że pewnie wyglądam okropnie.
- Jak się czujesz?
- W porządku.
Podszedł do mnie bliżej i zaczął mi się uważniej przyglądać.
- A jak koleżanki?
- Dobrze..
Zaczęło mi brakować powietrza, gdy stał tak blisko mnie, prawie mnie dotykając.
A w pokoju Weroniki kłótnia rozgorzała na dobre. David uśmiechnął się pod nosem.
- Chyba jednak nienajlepiej - odwrócił się w stronę źródła krzyków.
- Powiedziała o jedno słowo za dużo.
- Kto?
- Moja była.. - spojrzał na mnie zaciekawiony, a ja ugryzłam się w język. - Moja przyjaciółka. Weronika.
W jego oczach dostrzegłam błysk. Zainteresowało go to? Naprawdę?
- Po co pan przyjechał?
Chyba nie uważał, że należy mi się odpowiedź. Wszedł do mojego pokoju, zostawiając mnie w salonie otępiałą.
Poszłam za nim. Stanęłam w wejściu, a mój szef zamknął za mną drzwi. Znowu był tak blisko mnie. Znowu ten miętowy oddech, znowu te zniewalające perfumy, znowu ta umięśniona klatka piersiowa unosząca się powoli, w górę i w dół, znowu to palące spojrzenie.. i nie wytrzymałam.
Całowałam go tak namiętnie jak nigdy w życiu nikogo. Chwilę później byłam tak przerażona tym co zrobiłam, że spuściłam oczy ze wstydu. David stał nieruchomy przede mną i oddychał ciężko. Nie poruszył się, nie dotknął mnie, nie objął. Stał tylko przyglądając mi się z takim samym wyrazem twarzy, co przed moim pocałunkiem. To jeszcze bardziej mnie zażenowało. Chciałam go odsunąć od siebie, ale nie mogłam go dotknąć. Próbowałam uciec, ale Mavel stał tak blisko mnie, że nie mogłam się ruszyć.
Dlaczego on w ogóle nie zareagował? Czemu nic nie zrobił?
Spojrzałam mu w oczy. Czułam jak cała twarz mi płonie ze wstydu.
- Przepraszam.. - wydukałam.
Byłam pewna, że to rozbudzi go z kamiennego snu.
- Nie ma za co.
A jednak nie spał. Usta znowu ułożyły się w cienką linię, a w oczach obok chłodu pojawiło się coś jeszcze.
- Powinienem już iść. Mam ważne spotkanie.
Poziom mojego skrępowania osiągnął już maksimum. Mavel próbował dotknąć mojego policzka, ale otworzyłam szybko drzwi i uciekłam. Ruszył za mną. Wydawało mi się, że próbuje jeszcze naprawić to co spieprzył, ale to już nie miało znaczenia.
- Posłuchaj..
- Wyjdź stąd - pierwszy raz podniosłam na niego głos.
Jego mina stała się groźna. Nie odzywając się słowem opuścił moje mieszkanie. Trzasnęłam za nim drzwiami i poczułam, że w oczach zbierają mi się łzy. Po huku, który wstrząsnął ścianami naszego mieszkania, z pokoju Weroniki wyjrzały dwie zaciekawione głowy.
- Coś się stało? - spytała moja przyjaciółka z troską w oczach.
- Zaraz przyjedzie pizza. Odbierzcie, dobrze?
Rzuciłam się na swoje łóżko i schowałam się pod kołdrę. Chciałam być sama. Wygłupiłam się i dodatkowo wrzasnęłam na własnego szefa. Jeżeli stracę przez to pracę.. jaką pracę? Przecież ja nie mogę wejść do tego budynku. Jak ja mu spojrzę w oczy? Jak spojrzę w oczy Adelajdzie? Tak się odpłaciłam Gracjanowi?
Postanowiłam sobie coś i jak zwykle zrobiłam inaczej. Jak mogłam w ogóle? Jakim prawem pocałowałam własnego szefa?
Pomyślmy. Jest szalenie przystojny i seksowny. Poprzedniego wieczora dotykał mnie, tańczył ze mną i sypał aluzjami, które można było odczytać tylko w jeden sposób. Zjawił się rano w mieszkaniu Weroniki i patrzył na mnie pożądliwie swoimi cholernymi oczami. Pachniał obłędnie, stał blisko, było napięcie i.. bach!
Nie, moja frustracja nie była spowodowana moim wygłupem. Najbardziej bolał fakt, że jego to nawet nie ruszyło. Moja duma i próżność nie pozwoliły mi przejść obok tego faktu obojętnie. Wyrzuciłam z domu faceta, który mnie pragnął, na rzecz takiego dupka? Straciłam całkiem apetyt, a moje morale znowu się obniżyły.
Po co on do mnie w ogóle przyszedł? Nikt go nie zapraszał. A teraz przez ten głupi incydent nie będę mogła pokazać się nikomu na oczy w pracy. Co mnie podkusiło? To nie mogło wypalić. Nie mogło, po prostu nie.
- Aimée?
Nie miałam ochoty wyglądać zza kołdry. Czułam się bezpiecznie w ciemności, którą wokół siebie utworzyłam. Postanowiłam udawać, że śpię.
- Wiem, że nie śpisz - Weronika usiadła na moim łóżku i dotknęła tego, co musiało jej się wydawać moją ręką, ale w rzeczywistości było moją łydką.
Przebiegła małpa. Trwałam jeszcze chwilę w bezruchu, ale wiedziałam, że moja przyjaciółka nie da się nabrać. Znała mnie zbyt dobrze.
Odkryłam się i spoglądałam na jej plecy. Odwróciła się do mnie i uśmiechnęła najpromienniej w świecie. Wyciągnęła w moją stronę talerz z kawałkami pizzy.
- Mniam - powiedziała, gdy nie wzięłam od niej jedzenia.
- Nie jestem głodna.
- Znowu się będziesz odchudzać?
- Po prostu nie mam apetytu.
- Proszę, nie żartuj - podsunęła mi znowu talerz pod nos, ale widząc moją minę, zrezygnowała z kolejnych prób wmuszenia we mnie smakowicie pachnącej bomby kalorycznej.
Przez chwilę siedziałyśmy w ciszy.
- Co się tak właściwie stało?
Już miałam odpowiedzieć, że nic, ale kogo chciałam oszukać? Człowiek nie trzaska sobie drzwiami z rana tak bez powodu.
- Był tu mój szef.
- Próbował cię wyciągnąć do pracy w sobotę?
- Nie, nie.. w zasadzie nie wiem po co tutaj przyszedł.
- Nie powiedział ci?
- Nie - zmarszczyłam czoło, bo znowu zaczynałam się zastanawiać dlaczego właściwie Mavel zjawił się w mieszkaniu Weroniki.
- I dlatego trzasnęłaś drzwiami i teraz nie chcesz jeść?
- Wydawało mi się, że chce porozmawiać o naszym wczorajszym wygłupie, ale..
- Jakim wygłupie? - przerwała mi.
- Jak to jakim? - usiadłam na łóżku. - Tańczyliśmy razem, sypał aluzjami, obściskiwał się ze mną? To ten facet, który siedział wczoraj na ławce, gdy do mnie przyszłaś.
- Jakiej ławce?
Patrzyłam przez chwilę na Weronikę i wybuchnęłam śmiechem. Do głowy by mi nie przyszło, że mogła nie pamiętać co się działo.
- Naprawdę sobie nic nie przypominasz?
- W sumie to.. jedyne co pamiętam to, że tańczyłam z Julią i piłam ciągle drinki, jeden za drugim. Zniknęłaś mi gdzieś, ale nie przypominam sobie żadnej ławki. Nawet do końca nie wiem jak wróciłyśmy do domu.
- Cóż..
Opowiedziałam jej po krótce wydarzenia, trzymając się faktów, a nie moich wyobrażeń. Faktów, które przeczyły dzisiejszemu zachowaniu Davida.
- I przyszedł tutaj dzisiaj? - Weronika była podekscytowana. - Poczekaj moment.. - odwróciła się w stronę drzwi. - Julia! Chodź i przynieś pizzę! Musisz tego posłuchać - krzyknęła mi koło ucha.
- Uhh - rzuciłam się na poduszkę i zakopałam z powrotem pod kołdrę.
Julia zjawiła się w moim pokoju z dwoma pudełkami w jednej ręce i kawałkiem pizzy w drugiej. Z pełnymi ustami zaczęła coś burczeć, ale nie potrafiłam zrozumieć ani słowa.
- Przełknij kochanie - Weronika pogłaskała ją po twarzy.
Dały sobie namiętnego buziaka, a ja przypomniałam sobie, że przed chwilą dostałam kosza. Brutalnego. Nieoczekiwanego.
- Co się stało? - Julia czarowała moją przyjaciółkę filuternym uśmieszkiem.
- Nasza Aimée wyrwała wczoraj prawdziwego byczka.
Jęknęłam. Weronika powinna pisać książki. Nie znam równie dobrej bajkopisarki. Moja współlokatorka miała niewiarygodny talent do przekręcania faktów. Czyniła rzeczywistość piękniejszą, ale niestety tym razem nie mogła mi pomóc swoim optymistycznym przekłamaniem. David wyszedł wściekły z mojego mieszkania, odrzucił mnie..
- Ooo.. - Julia udała zainteresowaną.
Zmierzyła mnie jednym z okropniejszych spojrzeń, jakiego miałam okazję w życiu doświadczyć. Wiedziałam, że ma mi za złe poranne zachowanie Weroniki. Sama byłabym chyba wściekła. Nie dość, że jej dziewczyna mieszka ze swoją byłą, to jeszcze zwraca się do niej pieszczotliwie. Sama nigdy nie rozumiałam, jak można przyjaźnić się po zerwaniu, dopóki Weronika nie pokazała mi, że faktycznie jest to możliwe.
Jednak z zazdrością ciężko jest walczyć i doskonale wiedziałam, co przeżywa Julia.
- Chciałabym tylko zapewnić, zanim wkroczymy na jeszcze bardziej niemiłe tematy, - zerknęłam na Weronikę. - że nic nie łączy mnie z Twoją dziewczyną.
Dotknęłam ręki Julii i spojrzałam na nią w najbardziej przekonujący sposób.
- Tak, tak.. w porządku - dziewczyna cofnęła rękę.
- Chyba będziemy musiały jeszcze do tego wrócić - uśmiechnęłam się do niej. - Ale spokojnie, dowiodę ci, że mam szczere intencje. Chcę dla Weroniki jak najlepiej. To, co było między nami, to już przeszłość. 
Weronika przewróciła oczami. Przytuliła Julię i spojrzała na mnie wyczekująco.
- Opowiadaj o przystojniaku - wzięła do ust kawałek Capriciosy.
- Nie ma co opowiadać.. przyszedł niedawno i szybko wyszedł.
- Bo? - dopytywała moja przyjaciółka.
- Pocałowałam go.
Weronika prawie zakrztusiła się pizzą, a ja zakryłam twarz poduszką.
- Coooo?!
- Nie bardzo rozumiem - Julia patrzyła to na mnie, to na Weronikę. - W czym problem?
- To jej szef - głos Weroniki był tak spokojny i jednostajny, jakby mówiła o pogodzie za oknem.
- Właśnie, to mój szef! - wykrzyknęłam rzucając poduszką w nieokreśloną stronę.
- I jak na to zareagował? - Julia wydawała się lepiej rozumieć moje położenie.
- W ogóle nie zareagował - objęłam kolana ramionami.
- Jak to w ogóle? - na twarzy mojej przyjaciółki pojawiło się współczucie.
- Stał jak kołek. Jakby go to wcale nie ruszało. Nie odwzajemnił pocałunku, nie objął mnie. Stał z zaciętym wyrazem twarzy i nic więcej.
Dziewczyny zamilknęły. Miały wzrok utkwiony w pizzę. Chyba same nie wiedziały, co powiedzieć.
- Nie przejmuj się tym wszystkim - Julia poklepała mnie po ramieniu. - Często spotykacie się w pracy?
- Wchodząc do swojego gabinetu musi przejść przez mój. Jestem jego sekretarką..
Ta rozmowa nie wpłynęła na mnie kojąco. Schowałam twarz w dłoniach, bo właśnie uświadomiłam sobie swoje beznadziejne położenie.
- Ja tam nie pójdę.. Gracjan na pewno by się za mnie wstydził.
- No coś ty - Weronika naprawdę się oburzyła. - Dupek sam się do ciebie dobierał. Po cholerę tu przyłaził, jak nie po to, żeby się pobawić?
- To ją pocieszyłaś - Julia spojrzała na swoją partnerkę karcąco.
- No, ale przecież taka prawda. Z tymże on nie poniesie żadnych konsekwencji, to mój szef. Kogo wywalą jak wszystko wyjdzie na jaw? Przecież nie utalentowanego adwokata, tylko byle sekretarkę, która nie nadaje się do pracy.
- Nie przesadzaj. Na razie nikt o tym nie wie. Myślisz, że twój szef narażałby się na taki skandal? Skoro rzeczywiście liczy się w świecie adwokackim, będzie próbował to ukryć - Weronika na spokojnie analizowała całą sytuację.
- Co nie zmienia faktu, że może się mnie pozbyć w bardziej dyskretny sposób. Na przykład z powodu niewywiązywania się odpowiednio z obowiązków?
- Możesz go zawsze zastraszyć, że pójdziesz z tym do mediów. Uwierz mi, że jakiś TVN na pewno złapie temat. Oni szukają sensacji.
- A to akurat jest prawda. Nie popuściliby takiego tematu - Julia pokiwała do mnie przekonująco pizzą.
Na ten widok zaczęłam chichotać. Dziewczyny słysząc moje kwilenie, też wybuchnęły śmiechem.
- Pozostaje mi tylko przewalczyć poczucie zażenowania i wstydu - zaczęłam wchłaniać w siebie jedzenie.
Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, jak bardzo byłam głodna.
- Nie bój się. Musisz mu pokazać, że dla ciebie to też nic nie znaczyło. I tyle.
Łatwo powiedzieć. Dla mnie znaczyło wiele. Czułam coś do niego. Było coś między nami. To ja okazałam mu zainteresowanie, to ja obnażyłam swoje pragnienia. Nigdy więcej.
- Koniec smutków - oznajmiłam kończąc czwarty kawałek pizzy.
To było moje maksimum. Nie wcisnęłabym w siebie więcej.
Weronika puściła w odtwarzaczu "S&M (Come On)" Rihanny i wszystkie zaczęłyśmy tańczyć. Moje pląsy wydawały się tak nieudolne, gdy widziałam jak Julia wywija z moją przyjaciółką.
Czułam, że między dziewczynami rodzi się napięcie, które rozładować można tylko w jeden sposób. Wygoniłam je więc do pokoju Weroniki, puszczając do niej oczko. Zakopałam się w kołdrę i poszłam spać. Musiałam odpocząć po tym wszystkim. 
Długo odpocząć.

poniedziałek, 7 lipca 2014

IX

Obudziłam się w nocy z krzykiem. Siedziałam na łóżku zaciskając dłonie w pięści, a Weronika klęczała obok mojego łóżka i wpatrywała się we mnie z przerażeniem. Kiedy nawiązałyśmy kontakt wzrokowy, pogłaskała mnie po ręce. Chyba bała się rozpocząć rozmowę, bo milczała i miała troskę w oczach. Padłam na poduszkę i zakryłam twarz dłońmi. 
- Czemu nie śpisz? - powiedziałam po chwili.
- Krzyczałaś - położyła się koło mnie.
- Przepraszam, że cię obudziłam - wyciągnęłam rękę po zegarek.
Trzecia nad ranem. Pokręciłam głową i przetarłam oczy.
- Nic się nie stało - przytuliła się do mnie.
- Jest trzecia, więc się stało!
- I tak dopiero niedawno się położyłam.
Ah, randka.
- Jak było?
- Mówiłaś przez sen - nie pozwoliła mi zmienić tematu.
Przez chwilę miałam wrażenie, że moje serce stanęło. Krew z pewnością odpłynęła mi z twarzy. Poprzedniego wieczora bardzo intensywnie myślałam nad wieloma kwestiami. Jeżeli mój język paplał o Davidzie i pracy to byłam uratowana. Chociaż wątpię, żeby śnił mi się ten głupek. Mogłam też rozprawiać na temat wizyty moich rodziców, ale widziałam minę Weroniki. Musiało chodzić o tę trzecią rzecz. O Ninę.
Weronika oświeciła światło budząc mnie już całkowicie.
- Rzadko mi się to zdarza - zmrużyłam oczy.
- Mała.. chyba czas poważnie porozmawiać.
Spojrzałam na nią. Czułam rosnącą w moim gardle gulę. Tamtego Piekła nic nie mogło pobić. Nawet usilne starania Davida Mavela nie mogłyby zbliżyć mnie do tamtego cierpienia i upokorzenia. Ale rozmawianie o Ninie.. Potraktowałam ją w obrzydliwy sposób choć tak naprawdę to ona wykorzystała mnie. Jednak to nie tamte wydarzenia były problemem. Najgorsze było szaleństwo mojej byłej kochanki. Tak bardzo się w to zagłębiła, przestała racjonalnie myśleć i robiła wszystko, żeby nasz romans wyszedł na jaw. W końcu jej się udało i jej życie legło w gruzach. Straciła mieszkanie i rodzinę. Całe szczęście była niezależna w pracy, ale gdyby jej mąż się postarał mogłaby wylądować na bruku.
- Co dokładnie mówiłam?
- Mamrotałaś coś o tym, że jakaś kobieta cię śledzi, że się jej boisz, że musisz uciekać..
- Czy to odpowiednia pora na rozprawianie o takich rzeczach?
Wpatrywała się we mnie z wyczekiwaniem. Nie było mowy, żeby odpuściła.
- To może chociaż zrobimy sobie kakao? - wyszczerzyłam zęby.
Przez chwilę rozważała w myślach moją propozycję.
- W porządku.
Wstałyśmy więc ochoczo z łóżka. Postawiłam mleko na gazie i wsypałam kakao do dwóch kubków. Pomyślałam, że teraz mogą nam się przydać lody. Całe szczęście, że je kupiłam poprzedniego wieczora. Wyciągnęłam więc dwie miski i pudełko z lodami.
- Daj spokój. Zjemy z pudełka! - Weronika zanurzyła łyżeczkę w lodach i wzięła do ust. - Mmm, pyszne!
Usiadła w fotelu i jadła, aż jej się uszy trzęsły. Położyłam przed nią kubek z kakao i pomyślałam, że to będzie katastrofa dla naszych zębów.
- No to opowiadaj.
Przez chwilę nie wiedziałam od czego mam zacząć. Było tak strasznie późno..
Ziewnęłam.
A jutro praca!
- Nie wiem za bardzo co ci powiedzieć.
- Kto to ta Nina?
- To się zaczęło na początku zeszłego roku. Nina Mikulewicz jest wykładowcą prawoznawstwa na moim wydziale prawa. Zaczęło się bardzo niewinnie. Niewiarygodnie mi się spodobała, więc zaczęłam ostro wkuwać, żeby jej zaimponować swoją wiedzą. Po dwóch miesiącach drobnych zaczepek wreszcie mnie zauważyła - przerwałam na chwilę.
Przypomniały mi się jej ukradkowe spojrzenia na zajęciach. Uśmiechała się do mnie częściej niż do innych.
Kiedy spojrzała na mnie po raz pierwszy podczas rozpoczęcia roku, wiedziałam, że musi być moja. Jej ciemne, prawie czarne, włosy opadały swobodnie na ramiona. Miała niesamowicie wyzywające spojrzenie, którym od razy przykuła moją uwagę. Nie byłam w stanie oderwać od niej wzroku. Poruszała się z gracją i wdziękiem. Czuła się bardzo swobodnie w otoczeniu studentów i była bardzo szanowana wśród swoich kolegów z kadry wykładowczej.
Na pierwszych zajęciach siedziałam w pierwszym rzędzie. Nina stanęła przede mną w swojej czarnej sukience opinającej jej ciało. Przez chwilę nie mogłam się w ogóle skupić na tym co do mnie mówiła. Co mówiła do naszej grupy. Podniosłam wzrok znad kartki i utonęłam w jej niebieskich oczach. Nigdy wcześniej nie widziałam tak pięknych tęczówek w kolorze błękitu.
Kilka czulszych słówek, niewinne żarciki, długie spojrzenia i się zaczęło.
Upiłam łyk kakao.
- Przyszłam do niej do gabinetu i tak zaczął się nasz romans.
Pamiętam, że był to jeden z najzimniejszych dni grudnia. Za oknem padał śnieg, a na uczelni wysiadł prąd. Musieliśmy przerwać zajęcia co wprawiło mnie w prawdziwe niezadowolenie, bo zasilanie padło tuż przed wykładem z prawoznawstwa. Stałam na korytarzu naciągając rękawy swetra na dłonie i chuchnęłam na nie. Zaczęłam pocierać nimi o siebie rozpaczliwie goniąc za jakąkolwiek odrobiną ciepła. I wtedy ją zobaczyłam. Otwierała drzwi do swojego gabinetu. Spojrzałam na nią i przygryzłam dolną wargę. Odwróciła w moją stronę głowę i poczułam, że muszę do niej podejść. Zrobiłam krok w jej stronę, a ona weszła do swojego pokoju zostawiając za sobą otwarte drzwi. Rozejrzałam się po korytarzu, ale nie dostrzegłam żywej duszy. Wszyscy, czując się prawdziwymi szczęśliwcami, zmyli się do domu.
Nie zastanawiając się już dłużej podążyłam w stronę gabinetu profesor Mikulewicz. Stanęłam w drzwiach i zajrzałam do środka. Stała oparta o swoje biurko i przeglądała jakieś kartki. Po chwili odłożyła je i oparła dłonie na blacie biurka. Spojrzała na mnie tym swoim uwodzicielskim wzrokiem.
Ona była stworzona do tego, żeby pieprzyć ją ostro i do upadłego. 
Weszłam powoli do środka i zamknęłam za sobą drzwi. Zrzuciłam na podłogę plecak i potarłam sobie ramiona. Nina ruszyła w moją stronę. Oparłam się o drzwi i przez chwilę zapomniałam jak się oddycha. Podniosłam ręce w geście obronnym (głupi odruch!), a ona patrząc mi w oczy przekręciła klucz w zamku. Na moich policzkach pojawiły się rumieńce - nie wiedziałam czy z tego powodu, że przestałam oddychać czy dlatego, że tak bardzo palił mnie jej wzrok. Spuściłam głowę i zaciągnęłam się jej zapachem. Pachniała brzoskwiniami. Nigdy nie czułam czegoś takiego. Odgarnęła z mojej twarzy kilka kosmyków i zaczęła gładzić mnie po policzku. Przymknęłam oczy i zastanawiałam się czy to się dzieje naprawdę. Przez długi czas nie poruszała się, więc byłam zmuszona na nią spojrzeć. Jeździła wzrokiem po mojej sylwetce. W końcu przejechała kciukiem po mojej dolnej wardze, a ona natychmiast zaczęła drżeć. Uśmiechnęła się. To był najczulszy uśmiech jaki widziałam w życiu. No może zaraz po uśmiechu Weroniki.
Położyła ręce po obu stronach mojej głowy i oblizała sobie wargi. Atmosfera zaczynała się robić co najmniej gorąca. Zaczęłam szybciej oddychać. Ucieszył mnie fakt, że w jej twarzy też dało się zauważyć napięcie. Rozchyliła delikatnie usta i w tym samym momencie doszedł mnie miętowy zapach.
Przełknęłam głośno ślinę, a ona zbliżyła swoje usta do moich.
- To chyba nie jest najlepszy pomysł - zaczęłam oponować.
Zaczęła podwijać mi sweter i podkoszulkę na raz. Oparłam dłonie na jej ramionach, gdy poczułam jak opiera się biodrami o moje.
- Nie chcesz tego?
Położyła dłoń na moim brzuchu, który od razu się napiął. Widziałam zachwyt w jej oczach, gdy przejeżdżała po moich twardych mięśniach. W tamtym okresie dużo ćwiczyłam, więc miałam się czym pochwalić. Patrzyłam na nią z przerażeniem. Zdjęła ze mnie swoje ręce i westchnęła.
- Sama do mnie przyszłaś.
Usłyszałam naganę w jej głosie. Była na mnie napalona i bardzo mi się to podobało. Nie należałam jednak do dziewczyn, które lubują się w jednorazowych akcjach. Wahałam się. To był mój pierwszy wyskok w życiu. W dodatku z moim wykładowcą! To nie mogło się dobrze skończyć, a mimo to zrobiłam to.
Zdjęłam z siebie sweter i zostałam w samym podkoszulku. Nina zatrzymała swój wzrok na moim biuście w rozmiarze D. Z przerażeniem odkryłam, że niefortunnie ubrałam czarny stanik pod biały top. Znowu się zaczerwieniłam.
Tym razem zabrała się za mnie i doprowadziła sprawę do końca na swoim biurku. Patrząc jej w oczy jęknęłam jej imię. Zmrużyła je i przyciągnęła moją twarz do swojej.
- Jesteś moja - wysyczała.
Tak, to nie mogło się dobrze skończyć. Ale kto podejrzewa swoją kochankę o zaburzenia psychiczne?
- Na początku nie wiedziałam, że ma męża - kontynuowałam.
- A dzieci? - Weronika włożyła łyżkę z lodami do buzi.
- Nie. Oboje poświęcili się nauce, nie planowali dzieci.
Widziałam malującą się na jej twarzy ulgę.
- Była dość zaborcza względem mnie, ale nigdy bym nie przypuszczała, że aż tak jej na mnie zależy. Do pewnego czasu było dość uroczo, ale później stała się moim cieniem. Była wszędzie, ciągle mnie obserwowała. Jej zazdrość wywoływała najgłupsza rzecz. Prawie pokłóciła się z jednym wykładowcą na uczelni, który się do mnie zalecał.
Na naszym wydziale było kilku zalotników. Początkowo nawet o tym nie wiedziałam, bo tak byłam pochłonięta Niną. W końcu jednak zauroczenie zmalało. Czułam się osaczona i przytłoczona jej osobą, a profesor Madej bardzo lubił studentki pierwszego roku. Szczególnie upodobał sobie jednak mnie. Miał niesamowitą słabość do orzechowych włosów i piwnych oczu. A jak trafiała mu się dziewczyna dwa w jednym to miał na jej punkcie absolutnego świra. W mojej grupie było pełno blondynek, więc stanowiłam całkowity ewenement. 
Profesor Madej miał na głowie wszystkie odcienie siwego, ale jak na swój wiek (55 lat) był niesamowicie wysportowany. Z jego koszuli nie wystawał wielki bojler, a byłam pewna, że można tam było znaleźć nawet zarys kaloryfera. Nie miałam jednak okazji tego sprawdzić, bo do akcji wkroczyła moja kochanka. Profesor okazywał mi swoje zainteresowanie w sposób naprawdę dżentelmeński. Prawił komplementy, zagadywał, puszczał przodem w drzwiach, raz pokusił się nawet o to, żeby pomóc mi donieść moje książki do samochodu Łapy. To jeszcze Nina była w stanie znieść. Problem pojawił się kiedy Madej wykonał dwa, według niej niedozwolone ruchy. Po pierwsze: raz przechodząc ze mną przez korytarz położył mi rękę na plecach. Był to zupełnie niewinny i przyjacielski gest, ale kiedy już kończyliśmy naszą przechadzkę do sali, natknęliśmy się na Ninę, której oczy na nasz widok automatycznie się zwężyły. Ominęła nas, ale zdążyliśmy zauważyć na jej twarzy czający się gniew.
- Kobiety mają czasami takie humory - profesor szepnął mi do ucha.
Uśmiechnęłam się, ale tak naprawdę nie było mi do śmiechu. Wtedy zrobiła mi pierwszą aferę.
Druga nastąpiła kilka tygodni później. Był już koniec marca i zaczęłam się lżej ubierać. Prawda była taka, że nigdy nie potrafiłam dobrać ubrań do panującej na dworze pogody. Akurat tamtego dnia postanowiłam przejść się pieszo do mojego mieszkania, ale w trakcie drogi złapała mnie ulewa. Przemokłam do ostatniej nitki, a zostały mi jeszcze dwa kilometry do domu. Schowałam się pod daszkiem sklepu monopolowego i czekałam, aż deszcz osłabnie. Wiał słaby wiatr, ktory potęgował uczucie zimna. Byłam pewna, że się rozchoruję. W tym samym momencie nadjechał profesor Madej i uchylił okno przy siedzeniu pasażera.
- Cześć Aimée. Zamierzasz tam stać i moknąć czy może zabierzesz się ze mną?
Nie zastanawiając się ani chwilę wpadłam do jego auta. Dopiero po chwili zrozumiałam jak grubiańsko się zachowałam. Moczyłam mojemu profesorowi siedzenie. Chwilę staliśmy jeszcze w milczeniu, a ja tylko szczękałam zębami. Madej zdjął swoją kurtkę i założył mi ją na ramiona.
- Dzdzdziękuję paaaanu bardzoo - wyjąkałam i owinęłam się jego kurtką.
- Nie ma sprawy - uśmiechnął się i ruszył.
Poczułam się słabo i zamknęłam oczy. Kiedy je otworzyłam byliśmy już z drugiej strony miasta, całkowicie oddalonego od mojego mieszkania z jakieś 15 km. Spojrzałam na mojego profesora pytającym wzrokiem.
- Nie powiedziałaś mi gdzie mieszkasz - odpowiedział na niezadane przeze mnie pytanie. - Pomyślałem, że może wpadniemy do mnie, trochę się ogrzejesz, wyschniesz i napijesz się czegoś gorącego?
Kiwnęłam głową.
- Potem odwiozę cię do domu.
Wyszedł z samochodu i otworzył drzwi z mojej strony. Schowałam się pod jego parasol, a on objął mnie ramieniem.
Patrząc na to z perspektywy czasu zachowywałam się kompletnie nieracjonalnie, ale prawda była taka, że nie przejmowałam się tym wtedy. Po pierwsze było mi cholernie zimno i byłam cała mokra. Po drugie to była tylko przyjacielska propozycja. Po trzecie już i tak puściłam się z jednym z wykładowców.
Niemniej i tak było to niestosowne.
Weszliśmy do jego mieszkania, a on zaproponował, żebym przebrała się w jego ciuchy. Po moich plecach przeszedł dreszcz i już zaczęłam się najeżać, ale szybko zrozumiałam, że to był dobry pomysł. Dał mi swoją koszulkę, spodenki i ręcznik i odesłał do łazienki. W szafce nad umywalką znalazłam suszarkę, więc rozprawiłam się z moimi włosami. Przebrałam się w suche rzeczy i weszłam do jego salonu. Czekała tam na mnie gorąca herbata z miodem i sokiem malinowym.
- Przepraszam, że tak się profesorowi zwaliłam na głowę - usiadłam w fotelu na przeciwko niego.
- Spokojnie. Wróciłbym do domu i siedział sam w mieszkaniu. Tak przynajmniej mogę cię ugościć.
Kiwnęłam głową i rozejrzałam się po mieszkaniu. Miał gust. Stawiał na czerń i kolor czerwonego wina. Spojrzałam znowu na mojego profesora i zamarłam. 
- Podobasz mi się w moich rzeczach.
Upiłam herbatę. Musiałam pić, żeby móc mówić.
- Na profesorze lepiej leżą.
Uśmiechnął się.
- Usiądź koło mnie.
Miał tak miękki głos. Zrobiłam co kazał. Nachylił się do mnie i objął mnie ramieniem.
Nie był zboczeńcem i z pewnością nigdy nie zaciągnąłby mnie do łóżka. Szukał jedynie uczucia, napięcia, emocji. Dokładnie tak jak ja. Dusiłam się już pod naporem pożądania Niny. Potrzeby Madeja wydawały mi się całkiem normalne. Głaskał mnie przez chwilę po plecach i wdychał mój zapach. Podobała mi się ta czułość. Nie było w niej nic ze zwierzęcej namiętności Niny. Posiedzieliśmy tak chyba z godzinę nie odzywając się słowem. Co jakiś czas zamykały mi się oczy i było mi naprawdę dobrze.
- Muszę już iść - powiedziałam niechętnie.
Pocałował mnie w skroń.
- Pożyczę ci moje dresy. Nie będziesz wracać w tych mokrych ciuchach.
Odwiózł mnie do domu jak obiecał.
Parę dni później oddałam mu wszystkie rzeczy wyprane i uprasowane. Kiedy mu je wręczałam w jego gabinecie zjawiła się Nina. Byłam pewna, że mnie szukała, a nie zabłądziła przez przypadek. Kazała mi się tłumaczyć, a ciężko było to wyjaśnić pomijając fakt, że byłam u Madeja w domu. Sama sobie dopowiedziała resztę.
Zagroziła, że wszystkim powie. Za romans z wykładowcą mogli mnie nawet wyrzucić, ale ona nie patrzyła na moje dobro. Chciała mnie tylko dla siebie i nic więcej ją nie obchodziło.
- Musiałam się z tego wycofać. Nie potrafiłam tak dłużej. Nie chciałam stałego związku. To była zwykła przygoda, nic więcej. Ale ona się uczepiła.
Weronika kiwnęła głową. Nie byłam jednak pewna czy rozumiała o czym mówię. Jej przygody kończyły się dokładnie wtedy kiedy tego chciała. Ja nie miałam takiej mocy nad Niną. Była nie do zatrzymania.
- Zdałam rok. Zaczęłam jej się wymykać z rąk. Przestała być ostrożna. Coraz częściej mnie szantażowała. Pewnego dnia byłyśmy w jej mieszkaniu i jej mąż wrócił wcześniej do domu. Przyłapał nas w ich łóżku. Musiałam uciec. Wykupiłam wycieczkę last minute i poleciałam do Włoch - zrobiłam krótką przerwę i dopiłam kakao. - Szantażowała mnie tak długi czas. To się przerodziło w coś absolutnie toksycznego. Zaczęłam się jej bać. Zmuszała mnie do.. Mogli mnie wywalić z roku, ją by oszczędzili.
Weronika wstała i mnie przytuliła. Rozumiała. Naprawdę rozumiała.
- Tamto Piekło - powiedziała i przytuliła mnie mocniej.
Tak, zdecydowanie istniało powiązanie między tamtą sytuacją, a romansem z Niną.
- Wczoraj byli tu moi rodzice.
Weronika usiadła na stole i patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami.
- Mam nadzieję, że z nimi nie rozmawiałaś? - spojrzała na mnie i zmarszczyła brwi. - Oh, Aimée!
- Gdybym z nimi nie porozmawiała nie dowiedziałabym się kilku istotnych rzeczy. Przede wszystkim spłacili męża Niny, więc mam z nim spokój. Ale niestety.. ona wie gdzie jestem. I podejrzewam, że już przyjechała do Warszawy.
Moja przyjaciółka zakryła usta z wrażenia.
- Musimy zapewnić ci ochronę.
- Jak?!
Siedziałyśmy chwilę w milczeniu. Nie mogłam się ochronić przed Niną. Przynajmniej nie w tym momencie. Musiałam zaczekać, aż do mnie przyjdzie. Działanie prewencyjne nie wchodziło w grę.
- Trzeba czekać, aż sama się ujawni.
- To niebezpiecznie. Ona jest totalną szajbuską.
Zaczęłam szamać lody i pogrążyłam się w swoich myślach.
- Jest szajbuską, ale mnie ubóstwia i to jest nasz as w rękawie - wbiłam w jej twarz łyżkę. - A teraz opowiadaj jak ta twoja dziewczyna?
- Nie wolisz iść spać?
Spojrzałam na zegar w kuchni. Dochodziła piąta.
- Nie widzę najmniejszego sensu w spaniu. Sen jest dla słabych - roześmiałam się. - Mów, bo umrę z ciekawości!
- Ma na imię Julia i jest fotografem. Gdybyś widziała jej zdjęcia! Specjalizuje się w uwiecznianiu krajobrazów, ale robi też wspaniałe portrety. Naprawdę podoba jej się ta praca. Zaprosiła mnie na jedną ze swoich sesji. Chce, żebym jej pomogła w przygotowaniach. Oprócz tego jest cholernie seksowna i ma naprawdę uroczy głos. Najpierw zabrała mnie do swojej pracowni, a później pojechałyśmy do Coffee Heaven, bo okazało się, że nie lubi Starbucksa.
- Co ty gadasz! Minus dziesięć do jej osobowości!
Weronika pacnęła mnie w ramię.
- Jak ja zobaczysz to zmienisz zdanie. Poświęciłam się więc i poszłam z nia do tego Coffee Heaven. Nawijałyśmy cały czas przez cztery godziny, aż w końcu sprzedawczyni musiała nas wyprosić. Poszłyśmy na spacer nad Wisłę no i było trochę buzi buzi.
- Jak całuje? - uklęknęłam na fotelu.
- Kobieto.. - rozciągnęła się na sofie. - Wyśmienicie to mało powiedziane. Oczywiście nie przebija ciebie kochanie - pogłaskała mnie po kolanie. - Ale jest naprawdę niezła. Gdybyś ty widziała te piękne brązowe oczy. Można się zatracić.. ohhh..
- Umówiłyście się na kolejny raz?
- W zasadzie to zastanawiałam się czy nie zaprosić jej na dzisiejsze nasze wyjście?
- Zastanawiałaś się, czyli ją zaprosiłaś?
Uśmiechnęła się do mnie.
- Tak jakby.
- W porządku.
Chciałam co prawda spędzić ten wieczór z Weroniką i porozmawiać, ale z drugiej strony ze mną mogła spędzać każdy wieczór. Poza tym chciałam poznać tę całą Julię. Musiałam wiedzieć komu mam skopać tyłek, jeżeli nawali. Rozmowę o Krzyśku mogłyśmy przenieść na inny dzień.
- Uroczy trójkącik nam się zapowiada.
Weronika rzuciła we mnie poduszką.
- Ani się waż wykorzystywać swojego uroku osobistego!
- Dobrze, dobrze!
- Myślę, że powinnaś się jednak zdrzemnąć.
- Zostało mi całe półtora godziny snu.
- Zawsze to coś - Weronika pociągnęła mnie do swojego pokoju.
Zasnęłyśmy prawie natychmiast.
*******
W pracy byłam raczej mniej obecna niż zwykle. Co prawda rano wypiłam trzy kawy, ale okazało się, że kawa działa na mnie tak samo jak każdy inny napój bez procentów, czyli wcale. Unikałam Davida jak ognia co okazało się o tyle trudne, że jego gabinet sąsiadował z moim, a on jakoś wyjątkowo upodobał sobie ciągłe podróże po kancelarii. Nałożyłam makijaż, żeby nie było widać mojego zmęczenia. Ostatnie noce były dla mnie wyjątkowo męczące, a dnie pełne pracy i to w końcu uwidoczniło się na mojej twarzy.
- Wszystko w porządku?
Spojrzałam zdziwiona na Adelajdę. Zastanawiam się czy pytała szczerze czy chodziło tylko o to, żeby znaleźć jakiś powód, żeby naskarżyć na mnie szefowi.
- W porządku - odpowiedziałam powoli.
Skinęła głową i więcej nie zabrała już głosu. Odkąd pokazała mi kciuki uniesione do góry zastanawiałam się czy zmieniła do mnie stosunek. Szczerze w to wątpiłam, ale cóż.. nadzieja umiera ostatnia. Na całe szczęście piątkowy ranek i popołudnie nie były ulubionymi naszych klientów, jeżeli chodzi o załatwianie jakichkolwiek spraw z naszą kancelarią, więc mogłam dostosować tempo działania do własnych możliwości. 
Przed wieczorną imprezą musiałam się chociaż trochę przespać.
Poranna spowiedź Weronice przyniosła pozytywny skutek. Przede wszystkim dlatego, że zrobiło mi się lżej na sercu. Poza tym uważałam, że temat Niny został wyczerpany na dzień dzisiejszy i nie miałam siły już więcej o niej myśleć co również wychodziło mi na dobre. Im mniej stresu i nerwów tym lepiej dla mojej głowy. Ze zniecierpliwieniem czekałam na przerwę na lunch. Chciałam zadzwonić do schroniska dla kotów. Wiedziałam, że Weronika uwielbia te futrzaki. Marzyła jej się zawsze czarna kotka, która będzie się do niej łasić i czasami psocić. Mieszkała sama w naprawdę ogromnym mieszkaniu, które, kiedy nie było w nim gości, zionęło totalną pustką. Czworonogi drapieżnik z pewnością wypełniłby tę dziurę. 
W wyszukiwarce znalazłam numer telefonu do schroniska położonego na obrzeżach Warszawy. Chciałam się umówić jeszcze na dzisiaj i przywieźć do domu małego kociaka. 
- Aimée, możesz zajrzeć do Roberta? Miał mi znaleźć jeszcze jedną rzecz na poniedziałek. A ty Adelajdo chodź, muszę ci coś pokazać.
David był zaskakująco mily tego dnia. Może miły to przesadne stwierdzenie. Jego zachowanie było neutralne. Spodziewałam się raczej wybuchów gniewu po wczorajszych uwagach Roberta.
Pomyślałam sobie, że spacerek na 21 piętro idealnie mi zrobi. Dotlenię mózg i może trochę się rozbudzę. Zaczęłam się wspinać trzymając się poręczy. Na półpiętrze zatrzymałam się na chwilę i popodziwiałam panoramę Warszawy. Chwilami była naprawdę piękna. Dzisiejszy dzień był chłodniejszy, a niebo zachmurzone. Pogoda napawała raczej przygnębiającą atmosferą, a mimo to czułam coś zupełnie odwrotnego. W jakimś sensie byłam szczęśliwa, że byłam tam gdzie byłam. Mieszkałam w mieście, do którego zawsze chciałam się przeprowadzić, miałam dobrze płatną i znośną pracę, moi przyjaciele byli mi oddani, a w dodatku czekała mnie wspaniała impreza!
Stanęłam przed wejściem do najściślej chronionego miejsca w całym biurowcu. Pojawiła się niezawodna drobna kobieta bez nazwiska. 
- Witam ponownie - wymusiła na swojej twarzy uśmiech.
Wyglądała jakby miała szczękościsk. Znowu powiedziała jedno, a co innego miała na myśli. W jej głowie z pewnością pojawiło się zamiast tej uprzejmej formułki raczej: po cholerę znowu tu przylazłaś wścibska dziewczyno?
- Ja znowu do pana Wojciechowskiego.
Odwróciła się i wstukała kod do komnaty tajemnic. Robert siedział wlepiony w ekran tak jak ostatni razem. Zastanawiałam się czy od takiego siedzenia w jednej pozycji przypadkiem nie bolą go plecy. Ja umierałam po ośmiu godzinach za biurkiem, a i tak dość często wstawałam, żeby na przykład zrobić pieprzonemu Mavelowi kawę.
Droba kobieta bez nazwiska chrząknęła, a kiedy to nie poskutkowało zastukała w drzwi. Robert niechętnie odwrócił się od ekranu laptopa.
- O, cześć młoda! - uśmiechnął się.
Drobna kobieta bez nazwiska nie ukrywała zniecierpliwienia. Zaczęła stukać nerwowo obcasem.
Robert długą chwilę szukał niezbędnej mojemu szefowi kartkę w stercie jaka utworzyła się na jego biurku.
- Wybacz, ale dzisiaj nie odprowadzę cię na dół - podszedł i mnie przytulił (na powitanie?). - Musisz dać sobie radę sama. Ładnie dzisiaj wyglądasz.
- Eee.. - wzięłam od niego kartkę. - Dziękuję?
- Nie ma za co. To ja lecę, bo sporo pracy dzisiaj mam. Miłego dnia - pomachał do mnie.
- Miłego dnia - odmachałam.
Drobna kobieta bez nazwiska odprowadziła mnie do wyjścia i nie spuszczała ze mnie wzroku dopóki nie zniknęłam na schodach. Schodząc na 20 piętro śmiałam się sama do siebie. Spoważniałam dopiero przy moim biurku.
Była już przerwa na lunch, więc Davida nie było w jego gabinecie. Mimo to weszłam i położyłam kartkę koło jego laptopa. Wyszłam do kuchni i nalałam sobie wody. Wybrałam numer schroniska dla kotów i zadzwoniłam. Okazało się, że posiadali kilka czarnych kociąt, ale namawiali mnie na zaadoptowanie większego kota, któremu trudno jest znaleźć własny dom. Obiecałam, że się zastanowię i spytałam czy mogę przyjechać jeszcze tego samego dnia, żeby obejrzeć futrzaki.
- Nie widzę żadnego problemu. Bardzo miło mi będzie panią gościć.
- Czy jeżeli pojawię się między godziną 16tą, a 17tą to będzie jakiś problem?
- Oczywiście, że nie. Zapraszamy serdecznie.
- W takim razie do zobaczenia.
- Do zobaczenia.
Rozłączyłam się i sprawdziłam połączenie. Okazało się, że mój autobus odjeżdżał dopiero chwilę przed 16tą. Odszukałam więc sklep zoologiczny położony najbliżej mojego biurowca i postanowiłam, że od razu kupię wszystko co potrzebne. Byłam pewna, że kupię tego kota właśnie dzisiaj.
Wypiłam czwartą tego dnia kawę łudząc się, że może ta chociaż trochę mnie rozbudzi.
Kiedy wróciłam do swojego boksu Adelajda siedziała prosta jak struna. Miała ogromne oczy i wyglądała na naprawdę przerażoną. Zmarszczyłam czoło i nagle doszły mnie krzyki z gabinetu Davida. To było zdecydowanie lepsze na rozbudzenie niż kawa. Rozpoznałam głos mojego szefa. Byłam pewna, że kłóci się z kims przez telefon, ale na każdy jego atak odpowiadał mu niższy głos. Wydawało mi się, że ściany trzęsą się od tej kłótni. Spojrzałam pytająco na Adelajdę, ale ona bała się chyba nawet odezwać. W tej sytuacji nie poruszałam tematu.
Miałam tylko nadzieję, że David nie wydzierał się na jakiegoś klienta.
Po kilku minutach drzwi gabinetu gwałtownie się otworzyły. Wyszedł z niego wytworny mężczyzna ubrany w czarny garnitur i tego samego koloru krawat oraz białą koszulę. Miał ulizane włosy i jedną z najbardziej przerażąjących twarzy jakie widziałam w swoim życiu. Na palcu wskazującym lewej ręki miał złoty sygnet. Zaraz za nim wyszedł David. Jeszcze nigdy nie widziałam go tak wściekłego, a miałam okazję podziwiać różne jego napady gniewu.
Mężczyzna w czarnym garniturze rozejrzał się po pomieszczeniu i o ile pominął Adelajdę to moja osoba bardzo go zainteresowała. Z jego twarzy zniknął grymas wściekłości i uśmiechnął się do mnie. Jego uśmiech był bardziej przerażający niż surowa mina.
- Dzień dobry.
Wstałam z krzesła.
- Dzień dobry - skinęłam grzecznie głową.
- Davidzie może przedstawiłbyś mnie tej młodej damie?
- To moja sekretarka Aimée Wilamowska, Aimée to mój ojciec Dorian Mavel.
Moje oczy od razu zrobiły się większe. Czułam zażenowanie. Jak mogłam nie wiedzieć jak wygląda właściciel firmy, w której pracowałam? Przecież to był mój szef!
- Bardzo mi miło - podałam mu rękę.
Ucałował ją co nie spodobało się Davidowi.
- Ciekawe imię. Nie jest pani stąd?
- Urodziłam się w Polsce. Moi rodzice uwielbiają orientalne imiona.
- To bardzo ładne imię.
- Po francusku to znaczy "kochana".
Przeniosłam wzrok z Doriana Mavela na Davida. Patrzył na mnie innym wzrokiem niż normalnie. W jego oczach czaiło się zainteresowanie i czułość. Poczułam to od niego. Tak jak wtedy od profesora Madeja. Tylko, że to było coś więcej. To było coś wyjątkowego.
Jednak szybko się skończyło.
- To naprawdę śliczne imię - przyznał starszy Mavel.
Adelajda nie poruszyła się ani trochę odkąd Dorian Mavel pojawił się w naszym gabinecie. Nie rozumiałam dlaczego tak się go bała. Był całkiem miły. Z pewnością milszy niż jego syn.
- Musimy iść - odezwał się David.
- Oczywiście - odpowiedział zimno Dorian. - Niedługo wrócimy i mam nadzieję, że panią jeszcze tutaj zastanę - pocałował mnie w policzek na pożegnanie i razem z Davidem wyszli.
Usiadłam na swoim krześle z bananem od ucha do ucha. Dzisiaj wszyscy byli dla mnie dziwnie uprzejmi. Spojrzałam na Adelajdę, która dopiero teraz odzyskała czucie we wszystkich kończynach.
- Wszystko w porządku? - teraz ja przejęłam pałeczką wszystkowporządkowania.
- Przyszedł taki wściekły.. krzyczał na wszystkich. Musiałaś go chyba zaczarować.
- Nie rozumiem?
- Mój wuj rzadko kiedy jest miły. Szczególnie dla Davida. Mnie raczej omija, nie przepada za mną, że tak delikatnie to ujmę.
- Dlaczego jest taki oschły dla rodziny?
- Tego nie wiem.. tylko David zna prawdę. Ale nikomu jej nigdy nie wyjawił.
W tym momencie doszło do mnie, że rozmawiam normalnie z Adelajdą. Przeraził mnie ten postęp w naszych relacjach. Wolałam jednak nie wyrażać mojego zachwytu na głos ani za dużo o nim nie myśleć, żeby nie zapeszyć.
Wróciłam do pracy. Byłam tak zajęta, że nie zauważyłam, że Dorian i David już wrócili.
Dorian nachylił się nade mną, a ja aż podskoczyłam. Zaśmiał się i w tym momencie podskoczyła Adelajda.
- Byłabyś tak dobra i zrobiłabyś nam kawy? Dla mnie cappuccino.
- Oczywiście, proszę pana.
Kiedy przechodziłam koło niego musiałam otrzeć się o jego udo. W tym samym momencie coś spadło z trzaskiem. Okazało się, że to mój koszyk z długopisami. 
Dorian spojrzał groźnie na Davida, ale na młodszym Mavelu nie zrobiło to wrażenia. Klęczałam przed moim szefem (tym bliższym mi szefem) i nie mogłam się pokusić, żeby nie spojrzeć na niego z dołu. Poczułam, że robi mi się mokro między nogami na ten widok. Zaczęłam zbierać długopisy i wkładać je do koszyka. David schylił się, żeby mi pomóc. Odłożyłam koszyk na biurko i wyszłam do kuchni bez słowa.
Odetchnęłam głęboko i wstukałam na ekspresie odpowiednią kawę.
Zaniosłam je moim dwóm szefom i wypełniłam jeszcze parę dokumentów.
Kiedy wybiła 15ta byłam już gotowa do wyjścia. Razem z Adelajdą wsiadłyśmy do windy i zjechałyśmy na dół. Co prawda nie zamieniłyśmy ze sobą w zasadzie słowa, ale miło było zjechać razem blaszanym pudełkiem w pokojowej atmosferze. Pożegnałyśmy się przed biurowcem i pognałam do sklepu zoologicznego.
Kupiłam jedzenie dla kociątek, kuwetę, kilka zabawek, żwir i torbę do przewozu kota. Z ulgą stwierdziłam, że wyposażenie naszego nowego lokatora wyniosło mniej niż się spodziewałam. Zdążyłam na autobus i pojechałam do schroniska.
Wybrałam takie, o którym dobrze pisano i mówiono. Przyjęła mnie krępa szatynka w krótkich spodenkach i koszulce na ramiączkach, z której wylewał jej się biust. Na głowie miała czapkę z daszkiem, a z tyłu miała wypuszczony koński kucyk. Podała mi rękę na powitanie.
- Anna Dudek. Bardzo mi miło, że pani nas odwiedza.
-  Aimée Wilamowska, mnie również. Mam nadzieję, że znajdę tutaj tego jedynego, bo czeka już na niego wszystko w domu.
- Czy to z panią rozmawiałam dzisiaj przez telefon?
- Tak, tak.
- Poznaję po głosie. Więc mówiłam pani o starszych kotkach. Może chciałaby je pani obejrzeć?
- Oczywiście.
Kociaki, które nie nadawały się już do sprzedania miały od jednego roku w górę. Szanse na to, że ktoś je zabierze malały z każdym miesiącem. Zadziwiła mnie ich ilość. Nie wiedziałam, że może być ich aż tyle.
- A to i tak tylko 40% tego co znajduje się na ulicach. Ludzie są koszmarnie nieodpowiedzialni. Biorą zwierzę na święta, a potem się go pozbywają.
Zawsze miałam miękkie serduszko, więc czułam niepohamowaną chęć zabrania stamtąd od razu wszystkie kocięta. Ale jeden wyjątkowo przykuł moją uwagę. Był niesamowicie czarny i łypał na mnie zielonymi ślepiami.
- A ten ile ma lat?
- Prawie półtora roku.
- Wabi sie jakoś? - podeszłam bliżej klatki.
- Bonifacy.
Co prawda miałam wziąć kotkę, ale.. Spojrzałam na zwierzę uważniej. Pasowało do niego to imię. No i tak na mnie spoglądał.
- Biorę go.
Wpakowałam Bonifacego do torby do przewozu i ruszyłam na autobus. Biedak był nieco przerażony tą sytuacją i całą drogę dawał upust swojemu "miau". Całe szczęście, że podróżni mieli całkiem dobre humory. Zerkali zaciekawieni do Bonifacego, a on milkł wtedy i uważnie ich obserwował.
Kiedy dotarłam do domu byłam już porządnie zmęczona. Nie miałam pojęcia, o której Weronika zamierzała wyjść, ale ja musiałam przespać minimum cztery godziny, żeby dojść do normowych sześciu.
Oczywiście ucieszyła się na widok kociaka. Wycałowała mnie i posłała do łóżka. Zajęła się przygotowaniem kącika dla naszego nowego lokatora.
*******
Parę godzin później mogłam już wrócić do świata żywych. Bonifacy początkowo chował się za łóżkiem, ale kiedy się obudziłam wąchał noskiem wszystko co napotkał na swojej drodze. Próbowałam go pogłaskać, ale gdy tylko wyciągnęłam rękę schował się za sofę.
- Musisz mu dać jeszcze trochę czasu, żeby się oswoił - Weronika przyniosła mi kanapki z serem, pomidorem, rzodkiewką i ogórkiem solnym.
- Czym sobie zasłużyłam na takie rarytasy? - zabrałam się do jedzenia.
- Wszystkim - poczochrała mi włosy i pocałowała w policzek. - Idę się już przygotowywać.
Zajadając się kanapkami obserwowałam jak Bonifacy stopniowo wychyla się zza sofy. Zastanawiałam się co ubrać na dzisiejszy wieczór. Nie byłam nawet do końca pewna dokąd idziemy.
Odłożyłam talerz do zmywarki i zapukałam do toalety.
- Słucham?
Otworzyłam drzwi. Weronika stała w samej bieliźnie i malowała oczy.
- Dokąd tak w ogóle idziemy?
- Nie znasz.
- To jakiś elegancki klub?
- Powiedzmy. Ale nie aż tak.
- Czyli? - szturchnęłam ją, a ona przejechała sobie kredką po czole.
- Ty małpo! - zaczęła malować moje ramię.
- Odpowiadałabyś na pytania konkretnie to nie byłoby problemu!
- Ubierz szorty i tą srebrną koszulkę z dużym dekoltem na ramiączkach i  powiększonymi dziurami na ręce.
Roześmiałam się słysząc o dziurach na ręce.
Założyłam, więc czarny stanik i koronkowe majtki. Przejrzałam się w lustrze, a Weronika zagwizdała na mój widok.
- Myślę, że nie jeden chciałby dotykać taki tyłeczek - wyszczerzyła się.
Ubrałam na siebie top i szorty i spojrzałam na siebie krytycznie. Moje uda były chyba za grube na takie spodnie. Do brzucha nie miałam pretensji, prezentował się całkiem w porządku, ale te nogi.
- Wyglądasz bosko, nie myśl już tyle - klepnęła mnie w tyłek.
Uśmiechnęłam się do niej. Objęła mnie mocno i znów ucałowała.
- Ta dziewczyna cię wykończy - roześmiałam się.
- Jak ją poznasz stwierdzisz, że jest tego warta.
Pokiwałam tylko głową i zamówiłam nam taksówkę. Weszłam jeszcze na chwilę do łazienki i podkreśliłam oczy długimi kreskami. 
Miałyśmy się spotkać z Julią na miejscu. Byłam więc skazana na wiercącą się i piejącą z zachwytu Weronikę przez całe piętnaście minut. 
- Już tak nie skacz.
- Uważasz, że dobrze wyglądam?
- Oczywiście, że tak! Pięknie jak nigdy.
- Ale ta spódniczka pasuje do moich oczu?
Parsknęłam śmiechem. Śmiałam się dopóki nie dojechałyśmy pod klub. Okazało się, że był równie dobrze skamuflowany co FERRE. Miałam tylko nadzieję, że w środku nie wygląda tak samo. Mieścił się w całej kamienicy, która została bardzo ładnie odrestaurowana. Mój wzrok padł na rzygającego nieopodal faceta. I po co odnawiać jak za chwilę i tak ktoś puści pawia? Odwróciłam się, żeby podzielić się moją uwagą z Weroniką, ale gdzieś mi zniknęła. Rozglądałam się uważnie i dopiero po paru sekundach udało mi się ją zlokalizować. Stała koło wysokiej i szczupłej brunetki i paplała coś jak najęta. Kobieta wpatrywała się w nią szczerze zainteresowana jej opowieścią.
Dobrze zaczęła naszą znajomość.
Stanęłam za Weroniką i grzecznie czekałam, aż przedstawi mnie swojej nowej zdobyczy.
Czekałam i czekałam i czekałam i czekałam i czekałam.. i wciąż czekałam. I już nie wytrzymałam.
Dotknęłam ramienia Weroniki, a ona się odwróciła i przez chwilę miałam wrażenie, że w ogóle mnie nie poznaje.
- Ah, no tak! Julio poznaj moją przyjaciółkę. 
Wymieniłam kolejny tego dnia uścisk dłoni i stwierdziłam, że chyba za dużo już tego poznawania się z obcymi ludźmi jak na jeden dzień. 
Julia była naprawdę gorącą laską. Miała długie do połowy pleców włosy, hipnotyzujące oczy i pełne usta. Mogła się pochwalić także pokaźnym biustem i niesamowicie szczupłymi nogami, które w szpilkach wyglądały jeszcze lepiej. Nie przyćmiewała jednak urodą mojej Weroniki. Ciężko było zresztą równać się z panną Romanowską. Razem tworzyły naprawdę piękną parę. Miałam nadzieję, że Julia Dębska to nie tylko ładne opakowanie, ale też bogate wnętrze.
Jedno było pewne, tego wieczora nie mogłabym tego sprawdzić. Kiedy weszłyśmy do klubu w nasze uszy wstąpiła taka ilość różnych dźwięków, że dogadanie się tutaj nie wchodziło w grę. Nawet przy barze trzeba było się komunikować na migi, żeby kupić sobie piwo. 
Musiałyśmy poczekać na jakiś wolny stolik, bo niestety wszystkie były zajęte. Żeby nie tracić czasu od razu udałyśmy się na parkiet, żeby trochę poszaleć. Wypatrywałam w tłumie jakiejś ofiary, na którą miałabym ochotę. Nikt szczególny nie rzucił mi się oczy, za to ja zainteresowałam parę osób. Pewnie te napalone neandertale rzuciłyby się na pożarcie Weroniki, ale ona była całkowicie pochłonięta Julią (lub też wchłonięta przez Julię). Starałam się grzecznie ich spławiać, ale niestety do większości docierały tylko kopniaki w kolana lub deptanie po stopach.
Dojrzałam w końcu zza tłumu zwalniającą się sofę narożną, więc pognałam do niej, ciągnąc za sobą Julię i Weronikę. Kiedy zajęłyśmy miejsca można było pomyśleć o czymś z procentami. Czułam potrzebę porządnego znieczulenia się. Zebrałam zamówienia i poszłam do baru zamawiać na migi drinki.
Wróciłam do dziewczyn i wszystkie jednym haustem wypiłyśmy zawartość naszych szklanek. Zrobiłam drugą rundkę i trzecią i dopiero wtedy otoczenie stało się znośne. Nie, żeby klub nie był fajny. Nie był ani melanżownią ani przesadnym luksusem. Cieszył mnie wybór Weroniki. Przy wejściu panowała selekcja, więc pozwoliło to na ograniczenie ilości grubiańskich goryli, którzy i tak stopniowo wyłaniali się z tłumu. Zaoferowałam się, że zostanę i popilnuję naszych rzeczy, żeby dziewczyny mogły się wyszaleć. Byłam bardzo zadowolona widząc szczęśliwą Weronikę i czułam, że wreszcie coś w moim życiu zaczyna się powoli układać. 
Dziwne było tylko to, że dochodziłam do takich wniosków w klubie.
Julia zaprosiła jeszcze kilkoro swoich znajomych. Zaczynali się tłoczyć wokół naszego stolika. Większość z nich stanowiły kobiety co bardzo mnie cieszyło. Nie miałabym chyba zaufania do samych mężczyzn. Domyślałam się, że część z nich to lesbijki i tworzą pary, ale jeżeli już to były to wolne związki. Widziałam jak dziewczyny co nóż zmieniały partnerki. Julia jednak nie dopuszczała do tego w przypadku Weroniki, czym znowu zapunktowała. Zyskiwała coraz więcej w moich oczach. Rozluźniłam się wiedząc, że moja przyjaciółka jest w dobrych rękach.
Weszłam parę razy na parkiet i co jakiś czas doglądałam Weroniki. Nie miałam ochoty na poznawanie nowych ludzi, więc trzymałam się raczej na uboczu naszej paczki.
Zaczynałam nabierać kolorów na twarzy i miałam całe zeschnięte gardło. Czas na procenty!
Stanęłam przy barze koło jakiegoś mężczyzny w garniaku i zamówiłam kolejnego drinka. Chwilę później przy moim boku pojawiła się Weronika. Skinęła głową na faceta siedzącego po mojej lewej stronie.
- Jaki przystojny. Bierz się za niego.
Zrobiło mi się już dobrze, więc przystałam na jej propozycję. Odwróciłam się w stronę eleganta i w jednej sekundzie otrzeźwiałam. On też spojrzał na mnie i, co gorsza, rozpoznał mnie. Wróciłam z powrotem do Weroniki zasłaniając się ręką. 
- To mój szef.
- Hohohohoh - zatoczała się ze śmiechu i prawie spadła z krzesła barowego.
Przytrzymałam ją i zaczekałam, aż złapie równowagę. Chciałam wziąć swojego drinka i jak najszybciej uciec z tamtego miejsca, ale ręka mojego szefa zacisnęła się na moim lewym nadgarstku. 
Wpadłam.
- Hej - uśmiechnął się do mnie.
- Dobry wieczór.
Byłam pewna, że zbędę go oficjalnym tonem, ale on tylko się do mnie przysunął.
- Relaks po pracy?
Kiwnęłam głową i zaczęłam nerowowo sączyć drinka.
- Zatańczymy?
Wytrzeszczyłam oczy ze zdumienia. 
David nie czekał jednak na moją odpowiedź i pociągnął mnie na parkiet. Stanęłam przed nim jak kołek. Przysunął mnie do siebie, a ja siłą rzeczy musiałam oprzeć się na jego ramionach. Stał w swoim garniturze, wciąż elegancki i pachnący i przyglądał mi się skupionym wzrokiem. W swoich szortach i odsłaniającej prawie wszystko koszulce czułam się naga. Położył dłonie na moich biodrach i zaczął nimi delikatnie kołysać. Przyjrzałam mu się. Nie był aż tak pijany, jakim cudem zaciągnął mnie do tańca?
Jednak taniec z nim był naprawdę przyjemny. Trzymałam się go kurczowo jakbym się bała, że może w każdej chwili zniknąć.
Odwrócił mnie tyłem do siebie i położył jedną rękę na moim brzuchu, a drugą zostawił na moim biodrze. Nachylił się do mojego ucha i podwinął moją koszulkę.
- Rozluźnij się - powiedział przez zaciśnięte zęby.
Odwróciłam się do niego i spojrzałam mu w oczy. Czułam się całkowicie zagubiona. Nie wiedziałam czy słuchać reakcji mojego ciała czy dopuścić do głosu mój mózg, który nie mógł dłużej znieść tej sytuacji. David patrzył na mnie spokojnym wzrokiem. Nie było w nim nic z tego co widziałam dzisiaj rano w biurze. Żadnego gniewu, złości. Byłam przy nim tak drobna. Robił ze mną co chciał. Przypomniało mi się jak klęczałam przed nim i patrzyłam na niego z dołu. Teraz czułam się podobnie.
- Reaguj na mnie.
Chciałam go pocałować. Miałam tak straszną ochotę zasmakować jego ust. Ale mogłam tym ruchem wszystko zniszczyć. Zamiast tego wpatrywałam się w niego jak głupie cielę. Położyłam dłonie na jego piersi i poczułam jak wciąga powietrze. Nachylił się do mnie i włożył ręce do kieszeni moich szortów. Nasze usta dzieliły centymetry, a ja prawie drżałam z przejęcia.
Już dawno nie reagowałam tak na nikogo. Nawet Gabriel nie był w stanie obudzić we mnie takich emocji. David mnie pragnął. Czułam to każdą częścią mojego ciała. Nie myliłam się, chciał mnie, naprawdę mnie chciał. Byłam tak zachwycona tą wizją, że moje super ego musiało wkroczyć do akcji.
Jest pijany idiotko. Inaczej nie tknąłby cię palcem.
Spuściłam wzrok i wpatrywałam się w jego klatkę piersiową. Musiał dostrzec zmianę w moim nastroju, bo cały się napiął.
Chwycił mnie za rękę i wyciągnął z klubu. Dałam mu się ciągnąć jak szmacianą lalkę. Czar prysł.
Dzięki super ego. Wiem, że dla ciebie to drobiazg.
David zatrzymał się przy ławce niedaleko klubu i usiadł na niej. Poklepał miejsce obok siebie. Usadowiłam się koło niego i syknęłam kiedy zimna powierzchnia przemroziła mi dupsko. Dzień był pochmurny i raczej chłodny, więc noc była jeszcze zimniejsza. Przynajmniej dla kogoś ubranego w szorty i koszulkę na ramiączkach.
- Aż tak źle? 
- Da się wytrzymać.
- Czekaj, wstań - położył na ławce swoją marynarkę. - Teraz usiądź.
No i zapadła niezręczna cisza. Ręka Davida wylądowała za moimi plecami, na oparciu ławki. Odwróciłam się w jego stronę i w tym momencie moje kolano zetknęło się z jego udem. Zaczęłam bawić się swoim pierścionkiem, żeby zająć czymś ręce.
- Jak ci się podoba twoja nowa praca?
Dobry znak. Był na tyle ogarnięty, żeby sobie przypomnieć, że razem pracujemy. Zastanawiałam się tylko czy sobie przypomina, że jest moim szefem.
- Jest ciekawa - mruknęłam.
- A jakie jej aspekty ciekawią cię najbardziej? - przysunął się do mnie bliżej i położył swoją rękę na moim ramieniu.
Czy ja dobrze zrozumiałam jego pytanie? Otworzyłam usta, żeby coś odpowiedzieć, ale zaraz je zamknęłam, no bo co ja niby miałam mu powiedzieć?
- No cóż.. - wyrzuciłam z siebie.
- Uważasz mnie za dupka? - to było bardziej stwierdzenie niż pytanie.
Chciałam odpowiedzieć, ale nie dał mi szansy. Zbliżył moje usta do swoich i, oprócz woni alkoholu, poczułam też jego własny zapach. To poruszyło moje strefy erogenne.
Siedziałam co prawda jak posąg, ale we wnętrzu mojego ciała wybuchały prawdziwe fajerwerki. Nie było mi już chłodno. Na moich policzkach znowu pojawiły się delikatne rumieńce. 
Nienawidzę reakcji mojego organizmu!!
- Mam nadzieję, że nie psuję ci czerpania przyjemności z pracy. Nie psuję?
- Nie, skąd.
- Kłamczuszek - pogładził mnie po włosach.
Temperatura znowu wzrosła.
- Jesteś chyba najsłodszą dziewczynką jaką kiedykolwiek poznałem. 
Dziewczynką.. Przyjrzałam się jego twarzy. Dopiero teraz zauważyłam, że dla niego rzeczywiście mogę być tylko uroczą panienką. Mogło nas różnić maksymalnie dziesięć lat. Może piętnaście.
- Tak chyba nie wypada.. - głos rozsądku zaczął się przeciskać przez moje usta.
- Ale my nic nie robimy - uśmiechnął się do mnie.
Był naprawdę urzekający. Rozbroił mnie całkowicie. Nawet kiedy siedzieliśmy było widać, że jest ode mnie dużo większy. O głowę, a nawet półtora. Nie należałam do niskich osób, ale najwyższa też nie byłam. 
- Jeszcze nic nie robimy - dodał po kilku sekundach nachylając mi się do ucha.
Jęknęłam cicho i modliłam się, żeby on tego nie usłyszał. 
Dziewczyno, ogarnij się wreszcie!
Odsunęłam się od niego nieco i wyprostowałam się. Otworzyłam usta, ale zamarłam na widok twarzy Mavela. Musiałam coś powiedzieć. Wzięłam wdech i już zaczynałam zdanie kiedy ktoś krzyknął za moimi plecami moje imię.
- Tutaj jesteś! - Weronika opadła na ławkę i zaczęła się śmiać.
Skonsternowana przyglądałam się jej, a David wykorzystał okazję i pod pretekstem spoglądania na moją przyjaciółkę, przysunął się do mnie i znowu zetknął się moim ciałem. Wypuściłam głośno powietrze z płuc, ale tym razem nie jęknęłam.
Sukces!
- Nie było cię tyle czasu, że prawie dostałam zawału - spojrzała na mnie.
Widocznie zauważyła coś za moimi plecami, bo zaczęła się baczniej przyglądać.
- Czy to ten przystojniak w garniaku? - zmrużyła oczy. - Oh, tak, to on! Nie wierzę. Aimée, ty kocico! - darła japę na całą ulicę.
Myślałam, że ją zabiję w tamtym momencie.
- A więc jestem przystojny? - David mruknął koło mojego ucha.
Nie zwracałam na niego uwagi, bo widziałam, że Weronice zbiera się na pawia.
- Co ty ze sobą zrobiłaś! Zostawić cię tylko na chwilę - związałam jej włosy w kucyk i podprowadziłam ją pod drzewo.
Miałam problem, żeby ją utrzymać, ale z pomocą przyszedł mi mój szef.
- Jaką chwilę! - powiedziała jeszcze zanim zaczęła wymiotować.
- Gdzie jest Julka? - jak ona mogła ją zostawić w takim stanie?!
- Tttam - Weronika wskazała na inne drzewo.
- O matko.. - Julia klęczała koło drzewa i ledwo utrzymywała równowagę.
- Nie wierzę w to.
Podniosłam Julię i zawlokłam pod nasze drzewo. Spojrzałam na zegarek. Dochodziła druga w nocy. Impreza się skończyła.
- Muszę je zabrać do domu.
David kiwnął głową.
- Zadzwonię po taksówkę - wyciągnął telefon z kieszeni, a ja sprawdzałam stan jednej i drugiej dziewczyny.
Taksówka nadjechała w kilka minut. Kierowca początkowo nie chciał nas zabrać (pewnie bał się o swoją tapicerkę), ale kiedy David zamachał mu przed nosem plikiem banknotów, już nie oponował dłużej.
- Pojadę z wami. Przyda Ci się pomoc.
Wtargaliśmy Weronikę i Julkę do samochodu i ruszyliśmy do mieszkania mojej przyjaciółki.
- Może pan jechać trochę szybciej? - David odwrócił się do tyłu i spojrzał na mnie współczująco.
Siedziałam między dwoma pijaczkami, a one traktowały mnie jak oparcie. Oczekiwałam w napięciu, aż dojedziemy na miejsce i modliłam się, żeby żadna z dziewczyn się na mnie nie zbełatała. To jest dopiero życie na krawędzi. 
Kierowca zatrzymał się przed drzwiami naszej kamienicy i podał Davidowi kwotę. Stawka nocna za taryfę to był jakiś obłęd w tym zasranym mieście. Mój szef wziął Weronikę na ręce, a Julka oparła się o moje ramię. Była wyższa ode mnie, ale na całe szczęście lżejsza.
- Daj klucze. Jak wejdę na górę i ją tam zostawię to zejdę po drugą - skinęłam głową.
Całe szczęście, że go ze sobą zabrałam. W sumie to on się wprosił.
Wdrapywanie się po schodach z kimś uwieszonym na ramieniu to naprawdę koszmar. Kiedy zaczęłyśmy wchodzić na drugie piętro dobiegł do nas David i wziął Julkę na ręce tak jak Weronikę. Szedł trochę szybciej ode mnie, więc zostałam w tyle. Nie wzięłam leków na astmę, a wtarganie dziewczyny mojej przyjaciółki na drugie piętro to był nielada wysiłek mimo jej małej masy.
David schodził już z czwartego piętra trzeci raz. Znalazł mnie na półpiętrze między czwartym, a trzecim poziomem.
- Źle się czujesz? - podciął mi nogi i podniósł mnie.
Uchwyciłam się mocno jego szyi. 
- Skąd pan ma tyle siły?
Wnosił już trzecią dziewczynę. Nie wyglądał na takiego mięśniaka. 
- Trochę ćwiczę - uśmiechnął się. - Jest okey mała?
Kiwnęłam potakująco głową. Wniósł mnie do przedpokoju i zatrzasnął nogą drzwi. Staliśmy tak chwilę i przyglądaliśmy się sobie dopóki nie doszły nas odgłosy z salonu. 
- Pomogę ci je ułożyć do łóżka - odstawił mnie na nogi.
- Tam jest pokój Weroniki. Ma duże łóżko, możemy je tam położyć - spojrzałam krytycznie na moją przyjaciółkę. - Ale trzeba by było je przebrać.
Kiwnął głową.
- Przyniosę jakieś rzeczy. Może je pan popilnować?
- Jasne.
Przyniosłam dresy Weroniki. Chciałam sama je przebrać, ale David sam się zaoferował, żeby mi pomóc, więc postanowiłam skorzystać. Nie był gwałcicielem, ine i tak nie będą tego pamiętały, a w dwójkę pójdzie nam szybciej. 
Tak, przekonałam sama siebie, że to dobry pomysł. 
Mavel ułożył obie dziewczyny na łóżku Weroniki, a ja przyniosłam do pokoju mojej przyjaciółki dwie miski i ułożyłam przy każdej z nich.
- Gdybyście się źle czuły to krzyczcie. W porządku? 
Weronika coś pomamrotała i chrapnęła.
- Chyba to do nich nie doszło.
Wyszliśmy z Davidem do salonu. 
- Może się pan czegoś napije?
- Nie, będę już leciał. Zamówię taksówkę.
- A, właśnie - wyciągnęłam portfel z torebki. - Ile wyniosła ta przejażdżka?
- Daj spokój.
- Nie, nie. Nie lubię być czyjąś dłużniczką.
- Aimée - podszedł do mnie bliżej i zabrał mi portfel.
Rzucił go na stół i wziął moją twarz w swoje dłonie. 
- Daj spokój. Dla mnie to nie problem. Podoba mi się to, że jesteś moją dłużniczką.
Patrzył na mnie chwilę i wyjął telefon z kieszeni. Zamówił taksówkę.
- Za pięć minut? Wspaniale - uśmiechnął się do mnie.
- Dziękuję za pomoc. Nie poradziłabym sobie sama.
- Tak, wiem.
Tak, wiem? Co to za odpowiedź?
Założył na siebie marynarkę, którą wcześniej rzucił w przedpokoju.
- Proszę poczekać - otrzepałam mu ją.
Jak można rzucać tak drogimi marynarkami na podłogę? Co za człowiek.
- Dzięki - David spojrzał w dół i uśmiechnął się.
Koło moich nóg stał Bonifacy. Wyglądał jak nasza przyzwoitka. Wyciągnął łapkę z pazurkami w stronę mojego szefa.
- Chyba nie przypadł pan mu do gustu. 
- Nie o jego aprobatę zabiegam - mój szef podszedł do mnie i pocałował mnie w policzek, a później pogłaskał Bonifacego, który o dziwo nie uciekł. - Dziękuję za wieczór pełen wrażeń. Do zobaczenia Aimée.
Przystanął przy drzwiach i obrzucił mnie wzrokiem.
- Zamknij drzwi i leć już spać.
Kiwnęłam głową.
- Spokojnej drogi.
Bonifacy miauknął na pożegnanie i przeciągnął się.
Zamknęłam drzwi i usiadłam pod nimi. Potarłam skronie. Zmusiłam się do pójścia pod prysznic. W mojej głowie pojawiały się wydarzenia z tego wieczora. Musiałam rozładować swoje napięcie. Oparłam się czołem o kafelki i zagryzłam dolną wargę.
- Davidzie, co ty ze mną robisz...
Zmyłam makijaż i uczesałam włosy. Spojrzałam na swoje odbicie w lustrze.
Najpierw uwiodłaś swoją wykładowczynię, a teraz bierzesz się za szefa.
Moje super ego zaczęło atakować. Ale w tym wypadku miało chyba rację. Trzeba wyjaśnić tę sprawę z Davidem i zakończyć te głupie zaloty. A tymczasem.. Zajrzałam do dziewczyn i patrząc, że spokojnie śpią głośno chrapiąc udałam się do swojego pokoju.
Położyłam się i wtuliłam w poduszkę. Nie o jego aprobatę zabiegam.
Bonifacy ułożył się w moich nogach na łóżku i zaczął mruczeć. Jednostajne odgłosy, które z siebie wydawał sprawiły, że stałam się senna. Myśląc o Davidzie szybko wpadłam w objęcia Morfeusza.




*******
Zaczynam się rozwijać, jeżeli chodzi o długość rozdziałów. Ten zajmuje 24 strony i zawiera ponad 8 tysięcy słów! Wydaje mi się być też najlepszym ze wszystkich, które do tej pory napisałam. Poświęciłam mu dzisiaj całą noc, więc mam nadzieję, że trud się opłaci i wam się spodoba.

sobota, 5 lipca 2014

VIII

- Nie, nie, to nie może tak wyglądać!
David krzyknął na mnie tego dnia już trzeci raz. Nie wiedziałam z czym ma taki straszny problem, ale powoli zaczynałam tracić cierpliwość. Od rana był co najmniej nieuprzejmy. Przechodził sam siebie.
Najpierw stwierdził, że przyszłam spóźniona minutę i pytał czy zamierzam codziennie robić wejście smoka. Później nie pasował mu kolor kawy. Na całe biuro krzyczał, że już dawno nie pił takiego świństwa, więc posłusznie poszłam zrobić mu nową. Nie miałam wpływu na kolor espresso, bo ekspres sam dopasowywał odcień do wybranej kawy. Nie chciałam jednak robić sobie dodatkowych problemów ani doprowadzać do kolejnych spięć. Za drugim razem napój sprostał wymaganiom jego podniebienia, ale to nie był jeszcze koniec moich problemów. Zawołał mnie do swojego gabinetu i wygłosił przemowę o tym jak pracownik powinien być oddany firmie, w której pracuje i że fuszerka nie wchodzi w grę, przynajmniej nie w tej kancelarii.
- Jest mi przykro, jeżeli zawiodłam pana oczekiwania. Postaram się poprawić jakość mojej pracy.
Brak przekonania w moim głosie dało się wyczuć z kilometra. David siedział z zaciśniętymi w prostą linię ustami i tylko taksował mnie złowieszczym spojrzeniem. Rozluźnił sobie nieco krawat i rozpiął jeden guzik koszuli. Podobały mi się jego ruchy. Mogłabym przyrzec, że jego palce w seksowny sposób dotykały kołnierzyka koszuli kiedy go poprawiał. Miał bardzo delikatne i smukłe dłonie. Pochłaniałam wzrokiem te silne i zadbane ręce i miałam ochotę poczuć ich dotyk wszędzie, na całym moim ciele. Podniecało mnie to jak się do mnie odnosi. Jego stanowczość, zagniewana twarz, skupiony na mnie wzrok. Nie mogłam sobie pozwolić jednak na to, żeby wchodził mi na głowę. Mogliśmy się tak bawić, ale tylko za moją zgodą i na pewno nie w pracy. To, że byłam jego podwładną nie czyniło jeszcze z niego władcy świata. Ani mojego pana.
Przygryzłam dolną wargę co nie umknęło jego uwadze. Poruszył się nerwowo na krześle. Zastanawiałam się czy o to jedynie chodzi. Nie mogłam przemóc w sobie wątpliwości co do tego, że mogę coś znaczyć dla tego człowieka. Niedorzecznym było twierdzić, że on..
- Możesz już iść - przejechał językiem po dolnej wardze.
Usiadłam przy swoim biurku i zakryłam twarz dłońmi. Miałam już dość. Dość tego zachowania. Pracowałam w tym miejscu dopiero trzeci dzień, a czułam się jakbym przeżyła tu już kilka lat. Zastanawiałam się czy nie pójść do Gracjana i nie powiedzieć mu o całej sytuacji, ale mogłam to tylko rozważać. Nigdy nie poszłabym na skargę. Musiałam sobie poradzić z Davidem Mavelem sama, ale bałam się, że może się to dla niego skończyć nienajlepiej. Czułam potrzebę zetknięcia mojej pięści z jego twarzą.
Wbiłam paznokcie w dłonie. Tylko spokojnie. Nie chcesz go zabić.
Zaczęłam układać dokumenty, które rano przyniosła mi Adelajda. Wiedziałam, że z pewnością tryumfuje schowana za swoim laptopem.
Chociaż może miała to gdzieś. Niedługo wychodziła z Gracjanem na jedną z ważniejszych rozpraw w naszej kancelarii. Z pewnością była pochłonięta tylko tym. Przez chwilę siedziałam zawieszona i wpatrywałam się w nią. Podchwyciła moje spojrzenie i uśmiechnęła się.
- Nieźle cię dzisiaj sponiewierał, co?
Jednak nie miała tego gdzieś. Byłam pewna, że cieszy się z takiego obrotu sprawy. Wcześniej obawiała się o swoją posadę, ale teraz kuzyn udowodnił jej, że nie ma się czym martwić. Stałam się zwykłym pomiotem. Adelajda zachowała swój stołek i nikt jej z niego nie zrzuci dopóki ja będę drugą sekretarką, bo nikt się ze mną nie liczy. I nikt nigdy nie będzie się liczył. Swoje zdanie mogę sobie wsadzić do spodni od piżamy jak to mawiała jedna z moich wykładowczyń na pierwszym roku prawa.
Brakowało mi jakiejś przyjaznej duszy w tym miejscu. Atmosfera nie sprzyjała pracy ani własnemu rozwojowi. Czułam się wyrzutkiem, w dodatku wiedziałam, że nie pasuję do tego świata. Nie nadawałam się na sekretarkę znanego adwokata Davida Mavela. Wszystkie znaki na niebie wskazywały, że powinnam podjąć się pracy na swoim poziomie, czyli znacznie niższym od tego jaki przedstawiała kancelaria Gracjana. Przemiana mojego szefa totalnie zbiła mnie z tropu. A Adelajda.. siedziała przede mną w swojej żółtej koszuli i czarnej spódnicy i patrzyła na mnie zobojętniałym wzrokiem. Cieszyła ją każda moja wpadka i z ulgą przyjmowała moje porażki. Jej wypolerowane buciki denerwowały mnie najbardziej. Siedziała idealnie wyprostowana za swoim biurkiem z dumnym wyrazem twarzy.
Na moim biurku rozdzwonił się telefon.
- Kancelaria Mavel&Szatko, biuro Davida Mavela, słucham - wyrecytowałam.
- Chciałabym się umówić na spotkanie z adwokatem Mavelem.
- Momencik, zaraz znajdę dla pani termin - przewertowałam kartki mojego kalendarza. - Najwcześniejszy termin to przyszły wtorek, godzina dziesiąta. Czy taki termin pani odpowiada?
- Oczywiście.
- Pani godność?
- Blejda Joanna.
- W takim razie pan David Mavel będzie pani oczekiwał we wtorek, 27 lipca o godzinie dziesiątej.
- Wspaniale. Dziękuję bardzo. Do widzenia.
- Do widzenia. Miłego dnia.
- Miłego dnia.. Aimée.
Jeszcze przez chwilę ściskałam w dłoni słuchawkę. Zastanawiałam się czy aby na pewno dobrze usłyszałam końcówkę zdania tej kobiety.
Zaczynasz wpadać w paranoję głupia.
Faktycznie nastąpiła długa przerwa po uprzejmym "miłego dnia" zanim usłyszałam swoje imię. Możliwe, że sama w myślach sobie dopowiedziałam końcówkę. Poprzedniego ranka wydawało mi się, że widziałam ją w metrze. Ale to nie mogła być ona. Była oddalona ode mnie o 300 km. Nie wiedziała gdzie jestem, więc tym bardziej nie mogła wiedzieć gdzie pracuję. Z pewnością nawet nie miała pojęcia, że posiadam jakąkolwiek pracę. Zniknęłam nagle z jej życia. Wyjechałam za granicę, żeby ukryć się przed tym wszystkim. Tą chorą sytuacją. Gniewem jej męża.
Nie, to nie jej męża bałam się najbardziej. Prawda była taka, że to ona jedna mogła mnie skrzywdzić. Ten gnój, jej pożal się boże partner życiowy, nie był w stanie nic mi zrobić. Nie zagrażał mi, nigdy nie zagrażał. Jej sytuacja przedstawiała się jednak zupełnie inaczej..
Oh, Nino..
Odłożyłam w końcu słuchawkę i zapisałam nazwisko Joanny Blejdy w notesie przy dacie 27 lipca. Pokręciłam głową i wróciłam do papierkowej roboty. W pewnym momencie poczułam intensywną woń perfum. Odwróciłam się w stronę wejścia do naszego boksu i po kilku sekundach ujrzałam Gracjana w bordowym garniturze.
- Adelajdo, zbieraj się. Wychodzimy już - skinął na dziewczynę i podszedł do mojego biurka.
Objął mnie i ucałował w policzek.
- Hej. Jak mija dzień?
Adelajda obserwowała mnie w napięciu. Oczekiwała pewnie, że wsypię jej kuzyna i zacznie się wielka afera. Gracjan nigdy nie pozwoliłby nikomu źle mnie traktować. A co dopiero poniżać. Niemniej miałabym wyrzuty sumienia gdybym podkablowała mojego szefa. Zachował się jak dupek i należała mu się nauczka, ale to ode mnie miał ją dostać, a nie od swojego przełożonego.
- Nawał pracy, ale zaczynam się już aklimatyzować - uśmiechnęłam się blado.
- Na pewno? - przyjrzał mi się uważniej.
- Na pewno.
Przez chwilę jeszcze wbijał we mnie swoje przenikliwe spojrzenie. Stałam nieugięta i łgałam jak tylko mogłam najlepiej. W końcu odpuścił ku mojemu zadowoleniu.
- To dobrze - odwrócił się w stronę Adelajdy. - W takim razie chodźmy. Aimée, powiedz Davidowi, że dzisiaj już nie będzie mógł liczyć na pomoc swojej asystentki. Na całe szczęście zostawiamy mu ciebie, więc na pewno dacie radę.
- Jasne, powodzenia - odprowadziłam ich wzrokiem w kierunku wind.
Adelajda pokazała mi jeszcze przed wyjściem dwa kciuki uniesione do góry. Jeżeli miało mi to poprawić humor to niestety jej nie wyszło.
Zapukałam do gabinetu Mavela.
- Proszę.
- Pan Szatko prosił, żeby pana powiadomić, że pani Bonar już dzisiaj nie wróci do pracy.
David zmarszczył czoło.
Tylko nie kolejny wybuch wściekłości. Błagam.
- Rozumiem, że w takim razie jesteś do mojej dyspozycji?
- Tak proszę pana.
Jak przez cały dzień głupi palancie.
- Świetnie - złożył papiery na jedną kupkę. - Prosiłbym cię, żebyś zaniosła to do gabinetu pana Szatko i przyniosła mi kawę.
- Dobrze proszę pana.
Ułożyłam w gabinecie Gracjana dwie teczki z aktami ciężkimi jak cholera i udałam się do kuchni. Ekspres do kawy zdawał się drzeć w niebogłosy, ale możliwe, że wyolbrzymiałam to. Sprawdziłam kolor espresso i zastanawiałam się czy zadowoli pieprzonego Davida Mavela.
Westchnęłam głośno.
- Coś nie tak?
Podskoczyłam przerażona i szybko się odwróciłam. Mój szef stał oparty o framugę drzwi z jedną ręką wsadzoną do kieszeni spodni.
- Wszystko dobrze - odparłam szybko i wyjęłam kawę z ekspresu.
Położyłam filiżankę na spodeczku i podałam Davidowi. Kiedy dotknął opuszkami palców mojej dłoni filiżanka delikatnie zadrżała. Odsunęłam czym prędzej rękę i spuściłam wzrok.
Głupia nastolatka. Ogarnij się.
Odwróciłam się ponownie, żeby zaparzyć sobie herbaty, najlepiej zielonej, i modliłam się, żeby pieprzony David Mavel wyszedł z kuchni. Ani razu w ciągu ostanich dwóch dni mój szef nie wyszedł z własnej woli ze swojego gabinetu. Był zajęty sprawą pana Bronowskiego - słynnego z wypadku w sklepie OBI. Wózek widłowy został brutalnie zarekwirowany i teraz śledczy molestowali go swoimi narzędzami. Okrutne. Wtykali te swoje narzędzia w każdy zakamarek biednej maszyny. David czekał na ich opinię przed rozprawą, która miała się odbyć w poniedziałek. Profesjonalizm nie pozwalał mu jednak na pozostawienie sprawy taką jaka była. Ciągle coś dopracowywał i umacniał swoje dowody. Poświęcał się temu z taką pasją. Zazdrościłam mu tego. Sama chciałam znaleźć w przyszłości pracę, która dawałaby mi przyjemność, ale nie wiedziałam czy idę dobrą drogą, żeby to osiągnąć.
- Nie lubisz kawy?
Zacisnęłam palce na blacie.
- Wie pan co, nic już nie rozumiem. Raz mnie pan zjeżdża z góry na dół, a innym razem rozmawia o kawie. Czego tak właściwie pan ode mnie chce?
David zamieszał swoją kawę.
- Dlaczego miałbym czegoś chcieć?
- Nie wiem. Nawet nie bardzo chcę wiedzieć. Po prostu mam dość tej gry.
Posłodziłam herbatę i upiłam nieco zawartości kubka. Kiedy się odwróciłam Davida Mavela nie było już w pomieszczeniu.
Dopiłam spokojnie herbatę i delektowałam się rogalikiem z czekoladą. Przerwa na lunch nie trwała jednak zbyt długo. Wysłałam do Gabriela podziękowania za poprzedni wieczór spędzony razem. Wyjątkowo nie zakończył się on penetracją moich najczulszych miejsc. Curtis zaskoczył mnie i to pozytywnie, po raz pierwszy odkąd się poznaliśmy. Zabrał mnie do klimatycznej, francuskiej restauracji. Mimo, że to akurat nie powinno go przerażać biorąc pod uwagę moją budowę (zwłaszcza ud), stwierdził, że z pewnością umieram z głodu i po tak wielu godzinach pracy jestem niedożywiona. Rozmawialiśmy długo o wszystkim i o niczym. I trochę za dużo wypiliśmy. W zasadzie to ja za dużo wypiłam. Gabriel nie wykorzystał jednak sytuacji i grzecznie odwiózł mnie do domu. Oddał mnie pod opiekę Weroniki, która dopilnowała, żebym rano wstała do pracy. Nie miałam jeszcze okazji, żeby podziękować mu za pyszną kolację i troskę. Napisałam parę zdań i kliknęłam "wyślij". Odpowiedź nie przychodziła przez kolejne 15 minut, więc porzuciłam swój telefon wkładając go do torebki.
Weronika miała mi odrobinę za złe, że poprzedniego wieczoru nie mogła się ze mną podzielić informacją, którą żyła cały dzień. Na jednym z portali umówiła się z pewną dziewczyną. Miały się spotkać dzisiaj wieczorem. Nie rozumiałam po co Weronice portale, nie rozumiałam po co szukała kogoś w sieci, nie rozumiałam czemu nie mogła spotykać się z ludźmi, których poznawała w życiu realnym, a przede wszystkim nie rozumiałam za bardzo po co sobie kogoś znalazła skoro podobał jej się Łapa. Wiedziałam, że ciężko jej się określić z własną orientacją. Potrzebowała zarówno mężczyzny jak i kobiety i dlatego nie mogła z nikim stworzyć stałego związku. Słyszałam wcześniej o tym jak zdradzała swoje dziewczyny i w jakich sytuacjach stawiała swoich partnerów. Sama borykałam się z podobymi problemami, ale nie byłam w stanie prowadzić takiego życia jak ona. Musiałam z nią jednak porozmawiać. Łapa był moim przyjacielem i w życiu nie pozwoliłabym jej go skrzywdzić. Mogła się spotykać z kim chciała, ale nie mogła robić płonnych nadziei Krzyśkowi. Przypomniałam sobie jaka była podekscytowana. Zawsze się cieszyła, ale żeby wprowadzić ją w taki stan w jakim wczoraj była naprawdę trzeba było się napracować. Zastanawiałam się czy ona naprawdę zaczynała wreszcie stabilizować swoje życie?
Wszyscy się w końcu zmieniają. Może przyszedł czas i na Weronikę. Zawsze zależało mi na szczęściu moich najbliższych i miałam nadzieję, że moja eks nie spieprzy sobie życia przez byle kogo. Musiałam z nią szczerze porozmawiać. Chciałam z nią porozmawiać. Ostatnio nie miałam dla niej czasu i czułam się winna. Obiecałam sobie, że przyszły piątek będzie wyjątkowy. To będzie nasz piątek.
Wróciłam do swojego kącika i oddałam sie z powrotem pracy.
- Aimée, wjedź na 21 piętro do Roberta Wojciechowskiego i poproś, żeby dał ci materiały dla mnie. On będzie wiedział o co chodzi.
Skinęłam głową i wstałam zza biurka. Miałam wrażenie, że David obserwuje jak idę w stronę wind. Zerknęłam kątem oka za siebie, ale nie dojrzałam go stojącego w wejściu.
Chora wyobraźnia.
Kancelaria Mavel&Szatko oficjalnie mieściła się na dwudziestym piętrze, ale podlegały jej także kolejne dwa poziomy. Nie wiedziałam jeszcze co się na nich znajduje. Odczuwałam lekki dyskomfort wchodząc w nowe otoczenie. Kiedyś chętniej nawiązywałam znajomości i byłam ciekawa świata. Teraz wystarczał mi krąg zaufanych znajomych i własne cztery ściany. Często wybierałam samotność. Może dlatego, że była po prostu łatwiejsza do zniesienia niż obecność innych ludzi?
Na spotkanie wyszła mi drobna kobieta około czterdziestki. Uśmiechnęła się i w sposób uprzejmy sformułowała pytanie, które naprawdę powinno brzmieć: Czego tutaj chcesz obcy człowieku?
- Pan Mavel wysłał mnie do pana Roberta Wojciechowskiego po ważne dla niego materiały.
- Powiedział czego mają dotyczyć? - przyjrzała mi się uważniej.
- Powiedział, że pan Wojciechowski będzie wiedział o co chodzi.
Skinęła głową.
- Proszę za mną.
Przez moment wydawało mi się, że udało mi się przejść przez jakiś test. Zachowanie tej kobiety było co najmniej dziwne. Miała mi dać tylko głupie dokumenty, a nie powierzyć tajemnice państwowe.
Stanęłyśmy przed ogromnymi metalowymi drzwiami. Drobna kobieta, która nie przedstawiła mi się z imienia i nazwiska, musiała wpisać tajemny kod, żebyśmy trafiły do małego pomieszczenia. Widać było, że jeżeli ktoś tu sprząta to robi to naprawdę od święta. W samym centrum pokoju znajdował się mężczyzna, który z prędkością światła wystukiwał coś na swoim laptopie.
- Robert, pani..
- Wilamowska - dokończyłam za drobną kobietę bez nazwiska.
- Właśnie. Pani przyszła po dokumenty dla adwokata Mavela.
Robert oderwał swój wzrok od ekranu laptopa i spojrzał na mnie krytycznym wzrokiem.
- Cześć - rzekł w końcu. - Niepotrzebnie się fatygowałaś. Sam miałem zanieść Davidowi te papiery.
Przetwarzałam w myślach słowo "fatygowałaś" i znowu poczułam wzbierającą we mnie złość. Kolejny już raz ktoś odważył się użyć wobec mnie drugiej osoby liczby pojedynczej bez uprzedniego spytania mnie o zdanie. Czy ja naprawdę wyglądałam jak pieprzona małolata, której nie należy się odrobina szacunku?
Zastanawiałam się czy wybuchnąć od razu czy poczekać z eksplodującą we mnie bombą atomową na Davida.
- Zbieramy się młoda - Robert przeszedł obok mnie i nie zważając na mnie pognał do windy.
Przez chwilę stałam i wyobrażałam sobie jak moje ręce zaciskają się na szyi pana Wojciechowskiego. Drobna kobieta bez nazwiska znacząco chrząknęła przypominając mi, że powinnam opuścić to ściśle chronione miejsce. Zrezygnowana wyszłam bąkając pod nosem grzeczne "do widzenia" i stwierdziłam, że przejdę się schodami. Winda pewnie zdążyła już wysadzić Wojciechowskiego na dwudziestym piętrze i zjechać na sam dół lub wjechać na samą górę, żeby zabrać oczekujących ją ludzi.
Zaczynał mi się psuć doszczętnie humor. Bardzo zależało mi na tym, żeby cieszyć się pracą i wytwarzać wokół siebie pozytywną aurę, ale ciągle ktoś mi przeszkadzał. David robił to nagminnie i zastanawiałam się czy to nie stało się przypadkiem jego hobby. Tak czy inaczej musiałam nad sobą popracować. Może byłam po prostu nadwrażliwa? Może wszystkich traktował tak chłodno jak mnie?
Zatrzymałam się przy ostatnim schodku.
Nie widziałam, żeby odnosił się tak do Adelajdy. Dużo od niej wymagał, ale nigdy nie zwracał się do niej tak zimno jak do mnie.
Przeszłam długi korytarz prowadzący do mojego gabinetu.
Nie był dla niej chłodny, bo ona nie nawalała i znała się na tej robocie. Chociaż może chodziło o to, że Adelajda jest jego kuzynką. Nie byłam do końca przekonana co do wysokiej jakości pracy Adelajdy, więc byłam skłonna przypuszczać, że David kieruje się raczej względami rodzinnymi.
Zegar na moim komputerze wskazywał już 14:02 co przyjęłam z ulgą. Im szybciej skończę pracę tym prędzej będę mogła się pozbyć z oczu mojego szefa, a im mniej Davida w moim życiu tym szczęśliwsze ono jest.
Z gabinetu szefa doszły mnie jakieś podniesione głosy, ale nie przejęłam się tym zbytnio. Jeżeli Robert Wojciechowski nawalił z pracą to jest to jego wina. I dobrze mu tak. To pewnie efekt działania karmy. Niech teraz cierpi za zwracanie się do mnie na "ty".
Mejlem przyszła do mnie wiadomość od Weroniki, która dawała upust swoim fantazjom związanym z dzisiejszym wieczorem. Nie mogłam uwierzyć, że może być, aż tak nakręcona. Cieszyłam się, że nie umiera z nudów i nie męczy mnie juz tym jaka jest samotna. Przez chwilę przeszło mi przez myśl, że jej randka może jednak nie wypalić. Weronika z pewnością spodoba się tej dziewczynie, ale bałam się, że skończy się to na jednorazowej przygodzie łóżkowej, a patrząc na to jak przeżywała to spotkanie moja przyjaciółka, nie chodziło jej tylko o seks. Musiałam się zabezpieczyć na tego typu ewentualność.
Skup się. Najpierw praca.
Eh, praca, praca, praca.
Podskoczyłam na krześle kiedy drzwi do gabinetu Davida otworzyły się gwałtownie. Twarz Roberta Wojciechowskiego wyrażała niespotykaną na co dzień radość. Nie wyglądał na kogoś kto przed chwilą dostał naganę od szefa.
Skąd więc te wszystkie krzyki Davida?
- A ty młoda co tu jeszcze robisz?
Spojrzałam na niego spod byka.
- Pracuję - uśmiechnęłam się mimo woli.
- Przecież już dawno po trzeciej.
Uniosłam jedną brew i przez chwilę wpatrywałam się w figlarną twarz Roberta. Przecież dopiero co sprawdzałam godzinę i było chwilę po drugiej. Zerknęłam kątem oka na ekran laptopa i moje oczy powiększyły się odrobinę. Miał rację. Dochodziło 15 po trzeciej.
- No tak. Nie zauważyłam - zaczęłam układać dokumenty na moim biurku.
W tym samym momencie z gabinetu wyszedł David z teczką pod pachą i zaczął zamykać drzwi.
- Kurczę. Co ja bym dał, żeby mieć taką pracownicę u siebie.
Obydwoje z Mavelem spojrzeliśmy podejrzliwie na Roberta.
- Taka chęć do pracy! Nie czeka, aż zegar wybije trzecią, żeby jak najszybciej uciec z pracy tylko pracuje! Musisz sobie ją bardzo cenić Davidzie.
Spojrzałam na mojego szefa. Przyjął swoją standardową minę kiedy był na mnie wściekły. Przeniósł swój wzrok na moją osobę i twardo milczał. Robert zauważył napięcie jakie się między nami wytworzyło. Zrezygnowałam z walki na spojrzenia i wzięłam torebkę z oparcia krzesła.
- No pochwal tę młodą damę!
Przełknęłam ślinę i spuściłam wzrok.
- Nie robię tego dla pochwał - odezwałam się w końcu. - Moja praca nie jest idealna i dlatego z niczym się nie wyrabiam i zostaję po godzinach.
- Co ty mówisz! Bardzo dobrze ci idzie. David opowiadał mi, że robisz więcej niż poprzednia dziewczyna, która tutaj była. A uwierz mi, ona się na tym znała lepiej od ciebie.
Przewalczyłam w sobie pokusę spojrzenia na mojego szefa.
- Cieszę się, że szef tak mówi. Do widzenia - odwróciłam się i prawie puściłam biegiem do windy.
Kiedy znalazłam sie już poza biurowcem, puściłam się pędem do metra. Nie wiedziałam dlaczego, ale czułam, że muszę biec. Próbowałam się z czegoś uwolnić. Może z poczucia dyskomfortu jaki wywołała we mnie rozmowa z Robertem. A może chodziło o wzrok Davida. O jego ciągły gniew.
Do domu Weroniki dojechałam szybciej niż zwykle. Przez cały czas byłam pogrążona w myślach i prawie przegapiłam swoją stację. Z ulgą weszłam do kamienicy i zaczęłam wspinać się po schodach. Nagle doszły mnie jakieś wrzaski i głośne stukanie w drzwi. Nigdy nie słyszałam, żeby któryś z sąsiadów tak się awanturował, ale im znajdowałam się bliżej mieszkania Weroniki tym wstępował we mnie większy strach, bo głosy stawały się wyraźniejsze. Kiedy weszłam na półpiętro znajdujące się między czwartym, a trzecim poziomem moje nogi odmówiły posłuszeństwa.
Moim oczom ukazali się państwo Wilamowscy w całej swojej pełni. Mój tata walił w drzwi, a mama zniecierpliwiona rzucała kąśliwe uwagi. W pewnym momencie odwróciła się i zauważyła mnie, na moje nieszczęście. Jej twarz przyjęła złośliwy wyraz.
- No nareszcie jesteś!
Mój ojciec przestał wreszcie katować biedne drzwi i odwrócił się w moją stronę. Nawet z tej odległości widziałam pulsującą na jego skroni żyłkę. Był wściekły.
Zaczęłam powoli przestępować z nogi na nogę i jakimś cudem wreszcie znalazłam się w mieszkaniu Weroniki. Moi rodzice weszli nieproszeni za mną i zaczęli rozglądać się z obrzydzeniem po przedpokoju. Wolałam tego nie widzieć, więc odwróciłam się do nich plecami i zdjęłam buty.
- Mogłabyś się chociaż odezwać do matki. Przyjechaliśmy z tak daleka, a ty nic. Nawet kawy nie zaproponujesz.
- Nie będziemy pić kawy. Przyjechaliśmy chyba po to, żeby się z nią twardo rozmówić - mój tata zajął miejsce na sofie w salonie.
Mama zdjęła rękawiczki (na cholerę jej rękawiczki w środku lata?) i rzuciła je na stół.
- Ja nie wiem jakim cudem ona wyrosła na tak niewdzięczne dziecko. Chyba starałam się ją dobrze wychować Stefanie, prawda?
- Oczywiście Anetko, oczywiście. To w ogóle nie jest twoja wina. Człowiek się z pewnymi rzeczami rodzi i do tych pewnych rzeczy należy charakter. Ona już była tak zaprogramowana od małego.
- Po kim ona odziedziczyła te geny? - matka zrobiła teatralną minę.
Stałam przed nimi na środku salonu już kilka sekund, ale najwyraźniej użalanie się nad sobą nie pozwoliło im tego zauwayżyć.
- Taki wstyd, taki wstyd... - moja mama lamentowała w dalszym ciągu.
- Dobrze, już wystarczy - zirytowałam się. - Co wy tu robicie?
Spojrzeli na mnie ze zdziwieniem.
- Jak to co? - mama załamała ręce.
- Zabieramy cię do domu gówniaro. Nie będziesz nas upokarzać przed znajomymi jakimiś ucieczkami z domu. Chyba dość już narobiłaś - ojciec zaczął gestykulować i grozić mi palcem.
- Jak mogłaś coś takiego zrobić? Poświęciłam dla ciebie całe życie, a ty tylko tyle potrafisz mi dać? Tak się odpłacasz?
Mogę przysiąc, że dostrzegłam w oczach matki łzy. Jaką ona była świetną aktorką.
- Jak mnie znaleźliście?
- To chyba nie jest istotne. Nie uważasz, że należy nam się jakieś wyjaśnienie? - mama starała się być łagodna.
- Dla mnie jest.
- Namierzyliśmy cię za pomocą twojego telefonu - ojciec nie ukrywał, że śmieszy go moje naiwne pytanie.
- Wspaniale - potarłam twarz dłonią.
Zapamiętałam, żeby kupić nową kartę. I najlepiej nowy telefon. Kto wie co mi tam zamontowali. Zawsze byli nadopiekuńczy, więc nie zdziwiłabym się, gdybym odnalazła tam jakiś czip albo inne cholerstwo.
- Musisz wrócić do domu. Faktem jest, że oboje z ojcem brzydzimy się tobą i tym co zrobiłaś. Myśleliśmy już o kilku sposobach, żebyś znowu stała się normalna...
- Normalna?! - przerwałam jej w pół zdania.
Musiałam usiąść, bo na stojąco ta rozmowa była nie do zniesienia.
- Nasz znajomy to dobry lekarz. Polecił nam elektrowstrząsy.
- Chcemy, żebyś wyszła na prostą.. - zaczął mój ojciec.
- Co za ściema. Chcecie tylko dobrze wypaść w oczach znajomych.
- Jak ty się do nas odzywasz szczeniaku? - mój ojciec wstał.
- Nadszarpnęłaś nasze dobre imię! - matka wpadała już w histerię i ciągnęła ojca za rękaw koszuli.
- Wybaczcie, ale to nie jest już wasza sprawa.
- Pomyślałaś w ogóle o tym jak to się odbije na nas? Wszyscy uważają nas za patologię. Przyjaciel ojca, Maks, przestał się z nim widywać od czasu twojej ucieczki!
- To kiepski z niego przyjaciel najwyraźniej - założyłam nogę na nogę.
Nudziła mnie już ta rozmowa. Nie miałam siły nai ochoty znosić ich oskarżeń. Potrafili dotrzec tylko swoją krzywdę, a mnie mieli gdzieś jak zawsze. Tak jak sześć lat temu. Wtedy kiedy zdarzyło się Tamto Piekło. Moi znajomi zaczęli to tak nazywać. Zawsze kiedy go ponownie widywałam na mojej twarzy pojawiał się ślad przerażenia. Raz przeszedł koło mnie w Starbucksie i moja przyjaciółka spytała czy to ten facet z Tamtego Piekła. To Weronika pierwszy raz nadała temu imię. To jej pierwszej wyznałam prawdę o swojej przeszłości i moim bagażu doświadczeń. Ona to zrozumiała. W przeciwieństwie do moich rodziców, którzy nie rozumieli nic.
- Lepiej z nami tak nie pogrywaj, bo się skończy w twoim życiu wszystko co piękne - ojciec podchodził do mnie z ręką przygotowaną na uderzenie.
- Stefanie, na litość boską! - matka odciągnęła go na sofę.
To był bardzo dobry wybór. Odkąd ostatni raz mnie uderzył zapisałam się na brazylijskie ju-jitsu i dlatego jego kolejny atak mógłby się dla niego źle skończyć. Swoją drogą mój trener bardzo mnie chwalił. Powinnam do tego wrócić.
- Kiedy przyszedł do nas ten chłopak byłam sama w domu! Zabrał twoje rzeczy i po prostu sobie wyszedł - moja mama opowiadała tę historię z takim napięciem i bólem na twarzy jakby to była najbardziej traumatyczna sytuacja jaka jej się w życiu przytrafiła.
Pokręciłam z rozbawieniem głową.
- I jeszcze ta kobieta..
Cień uśmiechu zniknął z mojej twarzy. Spojrzałam w skupieniu na mojego tatę.
- Co z tą kobietą?
- Przyszła do nas. Pytała o ciebie. A później przyszedł jej mąż i wszystko nam powiedział. Też cię szukał.
Moje serce zaczęło szybciej bić.
- Powiedzieliście jej gdzie jestem?
- Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy. Chcieliśmy jej zapłacić za milczenie. Jej mąż nie dał się tak długo prosić, od razu łyknął kasę - mój ojciec uśmiechnął się pod nosem, a potem spoważniał. - Ale ona nie dała się tak łatwo spławić. Powiedziała, że musi się z tobą rozmówić i że tylko wtedy da spokój.
- Więc dałeś jej mój adres?
- Nie, oczywiście, że nie. Powiedziałem tylko, że jesteś w Warszawie. Prawdopodobieństwo, że cię tu znajdzie jest nikłe, a przynajmniej mamy z nią spokój.
Siedziałam nieruchomo i wbijałam paznokcie w oparcie fotela. Prawdopodobieństwo okazało się jednak większe niż przypuszczał mój ojciec. Teraz bałam się nie na żarty. Zaczynałam podejrzewać, że to naprawdę ją widziałam w metrze poprzedniego dnia.
- Hej, Aimée, słyszysz mnie? - ojciec mocno mnie szturchnął.
- Co?
- Wracasz z nami do domu.
- Nigdzie nie jadę. A teraz proszę, idźcie już sobie.
- Kochanie, ale nie możesz nas tak wyrzucić! - matka zakrywała oczy chusteczką.
- Jesteśmy twoimi rodzicami i masz nas słuchać - ojciec próbował wzbudzić we mnie respekt.
Niestety moi rodzice już dawno stracili wszystko w moich oczach.
- Mam 21 lat, sama za siebie odpowiadam i robię co mi się podoba. A teraz was żegnam.
- Ty mała zdziro! - ojciec podszedł do mnie i znów podniósł rękę.
- Nie radzę - spojrzałam mu twardo w oczy.
Jego ręka ruszyła w moją stronę, ale zastosowałam jedną z dźwigni, której nauczył mnie mój trener i przewróciłam ojca na plecy. Mama zaczęła piszczeć i skakać wokół taty.
- Stefanku, wszystko dobrze? Stefanku odezwij się. Kochanie, proszę.
Patrzyłam na nich zimnym wzrokiem i wiedziałam, że ja już nie mam rodziców.
Ojciec wstał chwiejnie z podłogi. Oparł się o ramię matki i oboje skierowali się do drzwi. Rzucili w moją stronę jeszcze gniewne spojrzenia, ale nie zwróciłam na to nawet uwagi. Zamknęłam za nimi drzwi na zamek i rzuciłam się na sofę.
Po jaką cholerę oni w ogóle do mnie przyjechali? Faktem jest, że dzięki nim udało mi się dowiedzieć czegoś więcej o Ninie. Cieszyłam się też, że jej mąż nie będzie się na mnie mścił. Spotkanie z rodzicami jednak kompletnie mnie rozstroiło emocjonalnie. Jeszcze bardziej dołował mnie fakt, że nie będę miała nawet z kim tego omówić. Dlaczego Weronika musiała się umówić na tę randkę akurat dzisiaj?
Usiadłam na sofie i zastanawiałam się co mam ze sobą zrobić.
Czy fakt, że Nina zna moje położenie był niepokojący? Cholernie.
Czy Nina rzeczywiście stanowiła dla mnie zagrożenie? Stanowiła i to cholerne.
Czy miałam się czego obawiać? Oczywiście, że tak.
Tylko jak miałam się ochronić przed kimś o kim nawet nie wiedziałam gdzie się znajduje? Nie miałam pojęcia czy jest w Warszawie. Okey, ta kobieta w metrze ją przypominała, ale czy to naprawdę była ona? Po tamtym telefonie wpadłam w lekką panikę, więc możliwe, że ta kobieta była do niej podobna, ale tak naprawdę to nie była ona.
Z drugiej strony telefon w kancelarii mógł być kolejnym dowodem na to, że Nina przyjechała jednak do Warszawy. Nie było żadnych oczywistych poszlak, że to ona dzwoniła. Głos Joanny Blejdy nie przypominał w najmniejszym stopniu głosu Niny Mikulewicz, ale czy tak trudno zmienić głos w rozmowie telefonicznej? Już sama komórka nieco go zniekształca. Jednak moje imię usłyszałam dopiero po długiej przerwie. Możliwe, że w ogóle nie padło z ust kobiety tylko było moim wytworem wyobraźni.
Czy była możliwość odnalezienia Niny?
Siedziałam przez chwilę masując sobie skronie. Nie widziałam takiej możliwości. Nikt nie podałby mi lokalizacji osoby, która dzwoniła do mnie z groźbami. Zgłoszenie na policję też nie wchodziło w grę. Nie miałam twardych dowodów, poza tym kto zgłasza sprawę o nękanie po kilkudniowym czekaniu?
Westchnęłam.
Nie mogłam złapać Niny, ale mogłam zrobić inne rzeczy. Na koncie miałam wciąż niezłą sumkę, więc postanowiłam od razu kupić nowy telefon i kartę. Do listy zakupów dodałam też ogromne pudło lodów i kakao.
Przebrałam się z moich roboczych ciuchów w szare spodenki i łososiową koszulkę na ramiączkach z dużym dekoltem. Spięłam włosy w kucyk i przewiesiłam sobie przez ramię torbę. Spojrzałam na siebie w lustrze. Już dawno nie miałam tak przygnębionej miny. Za dużo się już wydarzyło tego dnia. Kupię telefon i zrelaksuję się trochę przy lodach i kakao.
Sporo czasu zajęło mi zanim znalazłam jakiś salon. Miły pan przez pół godziny roztaczał przede mną wizje zaoszczędzonych pieniędzy, darmowych SMS-ów i MMS-ów, a także dostępu do internetu. Długo zastanawiał się też wraz ze mną nad tym czy korzystniejszy będzie dla mnie abonament czy karta. Był naprawdę uroczy i świetnie wychodziło mu granie szczerze zainteresowanego moim problemem.
- Potrzebuję też nowego telefonu.
Uśmiechnął się do mnie.
- Mamy kilka modeli, które powinny panią zainteresować.
Po kolejnych dwudziestu minutach udało nam się spisać umowę. Byłam zadowolona z zakupu. Telefon idealnie mieścił mi się w ręce (co było miłą odmianą, bo poprzedni przypominał raczej tablet) i posiadał pojemną kartę pamięci. Z radością wyobrażałam sobie ile muzyki może się na nim zmieścić i jak moja droga do pracy będzie przez to urozmaicona.
W drodze powrotnej zahaczyłam o Carrefour Express i kupiłam lody czekoladowe i kakao. Kiedy przyszłam do domu dochodziła 20ta. Włączyłam mój nowy telefon i przesłałam na niego kontakty ze starego aparatu. Wysłałam wszystkim ważniejszym znajomym SMS-a z moim nowym numerem i podłączyłam urządzenie do ładowarki. Usiadłam przed telewizorem i otworzyłam lody. Skosztowałam trochę i stwierdziłam, że nie tak chcę spędzić ten wieczór.
Nie, żeby lody nie były smaczne, bo miło łechtały moje podniebienie. Czułam potrzebę ruchu.
Przebrałam się więc trzeci raz tego dnia w spodnie z dresu, koszulkę z okładką płyty "Unknown Pleasures" Joy Division i nałożyłam na siebie czarną bluzę.
Zaczęłam biegać po osiedlu. Zauważyłam też lasek niedaleko, więc szybko wskoczyłam na ścieżkę najbliżej zabudowań. Bałam się bardziej zagłębić. W głowie słyszałam głos matki o gwałcicielach i mordercach. Nie, żeby to było głównym powodem mojej niechęci penetracji zielonego skrawka. Robiło się już ciemno, a ja z pewnością bym się zgubiła.
Moje nogi poruszały się mechanicznie swoim tempem, a ja oddawałam się słuchaniu czarujących dźwięków Depeche Mode. Przywoływałam w swojej głowie wszystkie złe i miłe wspomnienia. Spontanicznie przychodziły mi do głowy różne wydarzenia z mojego życia. Omijałam jednak szerokim łukiem Tamto Piekło i incydent z Niną.
Mój oddech stał się urywany i czułam jak szaleńczo bije mi serce. Próbowało zwiększyć dopływ tlenu do każdej z komórek mojego ciała, ale płuca nie chciały współpracować. Zaczynałam się po mału dusić. Zdałam sobie sprawę, że specjalnie nie wzięłam leków na rozszerzenie oskrzeli. Próbowałam się ukarać, ale za co? I czemu nie zrobiłam tego w subtelny sposób jak kiedyś?
Odkrycie prawdziwego powodu mojej wieczornej przebieżki nie zmieniło jednak niczego. Oczywiście, że musiałam przestać biec, ale nie chciałam tego robić. Ostatnio strasznie się zapuściłam i moje ciało potrzebowało trochę ruchu. Stagnacja sprawiała, że mój tłuszcz rozchodził się po całym ciele, a skóra traciła napięcie. Mięśnie też zdawały się żyć swoim życiem i rozpraszały się w różne strony. Zaczynałam się formować w kulkę, a tego nie znosiłam.
Wybiegłam w końcu z lasu i pognałam w stronę osiedla. Zaczynałam coraz bardziej rzęzić i lada moment mogło się to źle skończyć. Po schodach już nie wbiegłam, ale zdołałam się na nie wczołgać. Trzymając się balustrady dobrnęłam w końcu na czwarte piętro. Z trudem otworzyłam drzwi i doszłam do swojego pokoju. Wyciągnęłam z torebki wziew i mocno się nim zaciągnęłam. Padłam na łóżko starając się spokojnie oddychać.
Zamknęłam na chwilę oczy.
Kiedy oddech stał się regularny podniosłam tyłek i poszłam się umyć.
Byłam cholernie zmęczona całym dniem. Wybuchy Davida, humor Roberta i dodatkowo wizyta moich rodziców całkowicie mnie rozstroiły. Musiałam przyznać jednak, że wkurzanie się na Wojciechowskiego nie miało żadnego sensu. Może gdybym miała lepszy nastrój nawet bawiłoby mnie jego podejście do mnie. Prawda była taka, że był cholernie rozbrajający z tym swoim "młoda". Przychodziło mu to naturalnie, on po prostu taki był.
Przypomniały mi się jego ostatnie słowa. David opowiadał mi, że robisz więcej niż poprzednia dziewczyna, która tutaj była. 
David mówił mu coś miłego o mnie. Skoro miał o mnie dobre zdanie dlaczego tak strasznie mnie zjeżdżał? Powoli zaczynałam nabierać pewności, że jego napady wściekłości mają raczej charakter osobisty. Czy to możliwe, że on naprawdę...? Czy on mógł być zazdrosny o Gabriela?
Uśmiechnęłam się na tę myśl.
- To może być zabawne - powiedziałam do swojego odbicia w lustrze.
Poczłapałam do łóżka i zakopałam się w kołdrze. Nie byłam w stanie czekać na powrót Weroniki.

*******
 Mam nadzieję, że 14 stron zadowoli moją najwierniejszą czytelniczkę! Ten rozdział jest chyba najdłuższy w mojej blogowej "karierze", a więc ciesz się małpo! Niedługo ciąg dalszy :)