sobota, 5 lipca 2014

VIII

- Nie, nie, to nie może tak wyglądać!
David krzyknął na mnie tego dnia już trzeci raz. Nie wiedziałam z czym ma taki straszny problem, ale powoli zaczynałam tracić cierpliwość. Od rana był co najmniej nieuprzejmy. Przechodził sam siebie.
Najpierw stwierdził, że przyszłam spóźniona minutę i pytał czy zamierzam codziennie robić wejście smoka. Później nie pasował mu kolor kawy. Na całe biuro krzyczał, że już dawno nie pił takiego świństwa, więc posłusznie poszłam zrobić mu nową. Nie miałam wpływu na kolor espresso, bo ekspres sam dopasowywał odcień do wybranej kawy. Nie chciałam jednak robić sobie dodatkowych problemów ani doprowadzać do kolejnych spięć. Za drugim razem napój sprostał wymaganiom jego podniebienia, ale to nie był jeszcze koniec moich problemów. Zawołał mnie do swojego gabinetu i wygłosił przemowę o tym jak pracownik powinien być oddany firmie, w której pracuje i że fuszerka nie wchodzi w grę, przynajmniej nie w tej kancelarii.
- Jest mi przykro, jeżeli zawiodłam pana oczekiwania. Postaram się poprawić jakość mojej pracy.
Brak przekonania w moim głosie dało się wyczuć z kilometra. David siedział z zaciśniętymi w prostą linię ustami i tylko taksował mnie złowieszczym spojrzeniem. Rozluźnił sobie nieco krawat i rozpiął jeden guzik koszuli. Podobały mi się jego ruchy. Mogłabym przyrzec, że jego palce w seksowny sposób dotykały kołnierzyka koszuli kiedy go poprawiał. Miał bardzo delikatne i smukłe dłonie. Pochłaniałam wzrokiem te silne i zadbane ręce i miałam ochotę poczuć ich dotyk wszędzie, na całym moim ciele. Podniecało mnie to jak się do mnie odnosi. Jego stanowczość, zagniewana twarz, skupiony na mnie wzrok. Nie mogłam sobie pozwolić jednak na to, żeby wchodził mi na głowę. Mogliśmy się tak bawić, ale tylko za moją zgodą i na pewno nie w pracy. To, że byłam jego podwładną nie czyniło jeszcze z niego władcy świata. Ani mojego pana.
Przygryzłam dolną wargę co nie umknęło jego uwadze. Poruszył się nerwowo na krześle. Zastanawiałam się czy o to jedynie chodzi. Nie mogłam przemóc w sobie wątpliwości co do tego, że mogę coś znaczyć dla tego człowieka. Niedorzecznym było twierdzić, że on..
- Możesz już iść - przejechał językiem po dolnej wardze.
Usiadłam przy swoim biurku i zakryłam twarz dłońmi. Miałam już dość. Dość tego zachowania. Pracowałam w tym miejscu dopiero trzeci dzień, a czułam się jakbym przeżyła tu już kilka lat. Zastanawiałam się czy nie pójść do Gracjana i nie powiedzieć mu o całej sytuacji, ale mogłam to tylko rozważać. Nigdy nie poszłabym na skargę. Musiałam sobie poradzić z Davidem Mavelem sama, ale bałam się, że może się to dla niego skończyć nienajlepiej. Czułam potrzebę zetknięcia mojej pięści z jego twarzą.
Wbiłam paznokcie w dłonie. Tylko spokojnie. Nie chcesz go zabić.
Zaczęłam układać dokumenty, które rano przyniosła mi Adelajda. Wiedziałam, że z pewnością tryumfuje schowana za swoim laptopem.
Chociaż może miała to gdzieś. Niedługo wychodziła z Gracjanem na jedną z ważniejszych rozpraw w naszej kancelarii. Z pewnością była pochłonięta tylko tym. Przez chwilę siedziałam zawieszona i wpatrywałam się w nią. Podchwyciła moje spojrzenie i uśmiechnęła się.
- Nieźle cię dzisiaj sponiewierał, co?
Jednak nie miała tego gdzieś. Byłam pewna, że cieszy się z takiego obrotu sprawy. Wcześniej obawiała się o swoją posadę, ale teraz kuzyn udowodnił jej, że nie ma się czym martwić. Stałam się zwykłym pomiotem. Adelajda zachowała swój stołek i nikt jej z niego nie zrzuci dopóki ja będę drugą sekretarką, bo nikt się ze mną nie liczy. I nikt nigdy nie będzie się liczył. Swoje zdanie mogę sobie wsadzić do spodni od piżamy jak to mawiała jedna z moich wykładowczyń na pierwszym roku prawa.
Brakowało mi jakiejś przyjaznej duszy w tym miejscu. Atmosfera nie sprzyjała pracy ani własnemu rozwojowi. Czułam się wyrzutkiem, w dodatku wiedziałam, że nie pasuję do tego świata. Nie nadawałam się na sekretarkę znanego adwokata Davida Mavela. Wszystkie znaki na niebie wskazywały, że powinnam podjąć się pracy na swoim poziomie, czyli znacznie niższym od tego jaki przedstawiała kancelaria Gracjana. Przemiana mojego szefa totalnie zbiła mnie z tropu. A Adelajda.. siedziała przede mną w swojej żółtej koszuli i czarnej spódnicy i patrzyła na mnie zobojętniałym wzrokiem. Cieszyła ją każda moja wpadka i z ulgą przyjmowała moje porażki. Jej wypolerowane buciki denerwowały mnie najbardziej. Siedziała idealnie wyprostowana za swoim biurkiem z dumnym wyrazem twarzy.
Na moim biurku rozdzwonił się telefon.
- Kancelaria Mavel&Szatko, biuro Davida Mavela, słucham - wyrecytowałam.
- Chciałabym się umówić na spotkanie z adwokatem Mavelem.
- Momencik, zaraz znajdę dla pani termin - przewertowałam kartki mojego kalendarza. - Najwcześniejszy termin to przyszły wtorek, godzina dziesiąta. Czy taki termin pani odpowiada?
- Oczywiście.
- Pani godność?
- Blejda Joanna.
- W takim razie pan David Mavel będzie pani oczekiwał we wtorek, 27 lipca o godzinie dziesiątej.
- Wspaniale. Dziękuję bardzo. Do widzenia.
- Do widzenia. Miłego dnia.
- Miłego dnia.. Aimée.
Jeszcze przez chwilę ściskałam w dłoni słuchawkę. Zastanawiałam się czy aby na pewno dobrze usłyszałam końcówkę zdania tej kobiety.
Zaczynasz wpadać w paranoję głupia.
Faktycznie nastąpiła długa przerwa po uprzejmym "miłego dnia" zanim usłyszałam swoje imię. Możliwe, że sama w myślach sobie dopowiedziałam końcówkę. Poprzedniego ranka wydawało mi się, że widziałam ją w metrze. Ale to nie mogła być ona. Była oddalona ode mnie o 300 km. Nie wiedziała gdzie jestem, więc tym bardziej nie mogła wiedzieć gdzie pracuję. Z pewnością nawet nie miała pojęcia, że posiadam jakąkolwiek pracę. Zniknęłam nagle z jej życia. Wyjechałam za granicę, żeby ukryć się przed tym wszystkim. Tą chorą sytuacją. Gniewem jej męża.
Nie, to nie jej męża bałam się najbardziej. Prawda była taka, że to ona jedna mogła mnie skrzywdzić. Ten gnój, jej pożal się boże partner życiowy, nie był w stanie nic mi zrobić. Nie zagrażał mi, nigdy nie zagrażał. Jej sytuacja przedstawiała się jednak zupełnie inaczej..
Oh, Nino..
Odłożyłam w końcu słuchawkę i zapisałam nazwisko Joanny Blejdy w notesie przy dacie 27 lipca. Pokręciłam głową i wróciłam do papierkowej roboty. W pewnym momencie poczułam intensywną woń perfum. Odwróciłam się w stronę wejścia do naszego boksu i po kilku sekundach ujrzałam Gracjana w bordowym garniturze.
- Adelajdo, zbieraj się. Wychodzimy już - skinął na dziewczynę i podszedł do mojego biurka.
Objął mnie i ucałował w policzek.
- Hej. Jak mija dzień?
Adelajda obserwowała mnie w napięciu. Oczekiwała pewnie, że wsypię jej kuzyna i zacznie się wielka afera. Gracjan nigdy nie pozwoliłby nikomu źle mnie traktować. A co dopiero poniżać. Niemniej miałabym wyrzuty sumienia gdybym podkablowała mojego szefa. Zachował się jak dupek i należała mu się nauczka, ale to ode mnie miał ją dostać, a nie od swojego przełożonego.
- Nawał pracy, ale zaczynam się już aklimatyzować - uśmiechnęłam się blado.
- Na pewno? - przyjrzał mi się uważniej.
- Na pewno.
Przez chwilę jeszcze wbijał we mnie swoje przenikliwe spojrzenie. Stałam nieugięta i łgałam jak tylko mogłam najlepiej. W końcu odpuścił ku mojemu zadowoleniu.
- To dobrze - odwrócił się w stronę Adelajdy. - W takim razie chodźmy. Aimée, powiedz Davidowi, że dzisiaj już nie będzie mógł liczyć na pomoc swojej asystentki. Na całe szczęście zostawiamy mu ciebie, więc na pewno dacie radę.
- Jasne, powodzenia - odprowadziłam ich wzrokiem w kierunku wind.
Adelajda pokazała mi jeszcze przed wyjściem dwa kciuki uniesione do góry. Jeżeli miało mi to poprawić humor to niestety jej nie wyszło.
Zapukałam do gabinetu Mavela.
- Proszę.
- Pan Szatko prosił, żeby pana powiadomić, że pani Bonar już dzisiaj nie wróci do pracy.
David zmarszczył czoło.
Tylko nie kolejny wybuch wściekłości. Błagam.
- Rozumiem, że w takim razie jesteś do mojej dyspozycji?
- Tak proszę pana.
Jak przez cały dzień głupi palancie.
- Świetnie - złożył papiery na jedną kupkę. - Prosiłbym cię, żebyś zaniosła to do gabinetu pana Szatko i przyniosła mi kawę.
- Dobrze proszę pana.
Ułożyłam w gabinecie Gracjana dwie teczki z aktami ciężkimi jak cholera i udałam się do kuchni. Ekspres do kawy zdawał się drzeć w niebogłosy, ale możliwe, że wyolbrzymiałam to. Sprawdziłam kolor espresso i zastanawiałam się czy zadowoli pieprzonego Davida Mavela.
Westchnęłam głośno.
- Coś nie tak?
Podskoczyłam przerażona i szybko się odwróciłam. Mój szef stał oparty o framugę drzwi z jedną ręką wsadzoną do kieszeni spodni.
- Wszystko dobrze - odparłam szybko i wyjęłam kawę z ekspresu.
Położyłam filiżankę na spodeczku i podałam Davidowi. Kiedy dotknął opuszkami palców mojej dłoni filiżanka delikatnie zadrżała. Odsunęłam czym prędzej rękę i spuściłam wzrok.
Głupia nastolatka. Ogarnij się.
Odwróciłam się ponownie, żeby zaparzyć sobie herbaty, najlepiej zielonej, i modliłam się, żeby pieprzony David Mavel wyszedł z kuchni. Ani razu w ciągu ostanich dwóch dni mój szef nie wyszedł z własnej woli ze swojego gabinetu. Był zajęty sprawą pana Bronowskiego - słynnego z wypadku w sklepie OBI. Wózek widłowy został brutalnie zarekwirowany i teraz śledczy molestowali go swoimi narzędzami. Okrutne. Wtykali te swoje narzędzia w każdy zakamarek biednej maszyny. David czekał na ich opinię przed rozprawą, która miała się odbyć w poniedziałek. Profesjonalizm nie pozwalał mu jednak na pozostawienie sprawy taką jaka była. Ciągle coś dopracowywał i umacniał swoje dowody. Poświęcał się temu z taką pasją. Zazdrościłam mu tego. Sama chciałam znaleźć w przyszłości pracę, która dawałaby mi przyjemność, ale nie wiedziałam czy idę dobrą drogą, żeby to osiągnąć.
- Nie lubisz kawy?
Zacisnęłam palce na blacie.
- Wie pan co, nic już nie rozumiem. Raz mnie pan zjeżdża z góry na dół, a innym razem rozmawia o kawie. Czego tak właściwie pan ode mnie chce?
David zamieszał swoją kawę.
- Dlaczego miałbym czegoś chcieć?
- Nie wiem. Nawet nie bardzo chcę wiedzieć. Po prostu mam dość tej gry.
Posłodziłam herbatę i upiłam nieco zawartości kubka. Kiedy się odwróciłam Davida Mavela nie było już w pomieszczeniu.
Dopiłam spokojnie herbatę i delektowałam się rogalikiem z czekoladą. Przerwa na lunch nie trwała jednak zbyt długo. Wysłałam do Gabriela podziękowania za poprzedni wieczór spędzony razem. Wyjątkowo nie zakończył się on penetracją moich najczulszych miejsc. Curtis zaskoczył mnie i to pozytywnie, po raz pierwszy odkąd się poznaliśmy. Zabrał mnie do klimatycznej, francuskiej restauracji. Mimo, że to akurat nie powinno go przerażać biorąc pod uwagę moją budowę (zwłaszcza ud), stwierdził, że z pewnością umieram z głodu i po tak wielu godzinach pracy jestem niedożywiona. Rozmawialiśmy długo o wszystkim i o niczym. I trochę za dużo wypiliśmy. W zasadzie to ja za dużo wypiłam. Gabriel nie wykorzystał jednak sytuacji i grzecznie odwiózł mnie do domu. Oddał mnie pod opiekę Weroniki, która dopilnowała, żebym rano wstała do pracy. Nie miałam jeszcze okazji, żeby podziękować mu za pyszną kolację i troskę. Napisałam parę zdań i kliknęłam "wyślij". Odpowiedź nie przychodziła przez kolejne 15 minut, więc porzuciłam swój telefon wkładając go do torebki.
Weronika miała mi odrobinę za złe, że poprzedniego wieczoru nie mogła się ze mną podzielić informacją, którą żyła cały dzień. Na jednym z portali umówiła się z pewną dziewczyną. Miały się spotkać dzisiaj wieczorem. Nie rozumiałam po co Weronice portale, nie rozumiałam po co szukała kogoś w sieci, nie rozumiałam czemu nie mogła spotykać się z ludźmi, których poznawała w życiu realnym, a przede wszystkim nie rozumiałam za bardzo po co sobie kogoś znalazła skoro podobał jej się Łapa. Wiedziałam, że ciężko jej się określić z własną orientacją. Potrzebowała zarówno mężczyzny jak i kobiety i dlatego nie mogła z nikim stworzyć stałego związku. Słyszałam wcześniej o tym jak zdradzała swoje dziewczyny i w jakich sytuacjach stawiała swoich partnerów. Sama borykałam się z podobymi problemami, ale nie byłam w stanie prowadzić takiego życia jak ona. Musiałam z nią jednak porozmawiać. Łapa był moim przyjacielem i w życiu nie pozwoliłabym jej go skrzywdzić. Mogła się spotykać z kim chciała, ale nie mogła robić płonnych nadziei Krzyśkowi. Przypomniałam sobie jaka była podekscytowana. Zawsze się cieszyła, ale żeby wprowadzić ją w taki stan w jakim wczoraj była naprawdę trzeba było się napracować. Zastanawiałam się czy ona naprawdę zaczynała wreszcie stabilizować swoje życie?
Wszyscy się w końcu zmieniają. Może przyszedł czas i na Weronikę. Zawsze zależało mi na szczęściu moich najbliższych i miałam nadzieję, że moja eks nie spieprzy sobie życia przez byle kogo. Musiałam z nią szczerze porozmawiać. Chciałam z nią porozmawiać. Ostatnio nie miałam dla niej czasu i czułam się winna. Obiecałam sobie, że przyszły piątek będzie wyjątkowy. To będzie nasz piątek.
Wróciłam do swojego kącika i oddałam sie z powrotem pracy.
- Aimée, wjedź na 21 piętro do Roberta Wojciechowskiego i poproś, żeby dał ci materiały dla mnie. On będzie wiedział o co chodzi.
Skinęłam głową i wstałam zza biurka. Miałam wrażenie, że David obserwuje jak idę w stronę wind. Zerknęłam kątem oka za siebie, ale nie dojrzałam go stojącego w wejściu.
Chora wyobraźnia.
Kancelaria Mavel&Szatko oficjalnie mieściła się na dwudziestym piętrze, ale podlegały jej także kolejne dwa poziomy. Nie wiedziałam jeszcze co się na nich znajduje. Odczuwałam lekki dyskomfort wchodząc w nowe otoczenie. Kiedyś chętniej nawiązywałam znajomości i byłam ciekawa świata. Teraz wystarczał mi krąg zaufanych znajomych i własne cztery ściany. Często wybierałam samotność. Może dlatego, że była po prostu łatwiejsza do zniesienia niż obecność innych ludzi?
Na spotkanie wyszła mi drobna kobieta około czterdziestki. Uśmiechnęła się i w sposób uprzejmy sformułowała pytanie, które naprawdę powinno brzmieć: Czego tutaj chcesz obcy człowieku?
- Pan Mavel wysłał mnie do pana Roberta Wojciechowskiego po ważne dla niego materiały.
- Powiedział czego mają dotyczyć? - przyjrzała mi się uważniej.
- Powiedział, że pan Wojciechowski będzie wiedział o co chodzi.
Skinęła głową.
- Proszę za mną.
Przez moment wydawało mi się, że udało mi się przejść przez jakiś test. Zachowanie tej kobiety było co najmniej dziwne. Miała mi dać tylko głupie dokumenty, a nie powierzyć tajemnice państwowe.
Stanęłyśmy przed ogromnymi metalowymi drzwiami. Drobna kobieta, która nie przedstawiła mi się z imienia i nazwiska, musiała wpisać tajemny kod, żebyśmy trafiły do małego pomieszczenia. Widać było, że jeżeli ktoś tu sprząta to robi to naprawdę od święta. W samym centrum pokoju znajdował się mężczyzna, który z prędkością światła wystukiwał coś na swoim laptopie.
- Robert, pani..
- Wilamowska - dokończyłam za drobną kobietę bez nazwiska.
- Właśnie. Pani przyszła po dokumenty dla adwokata Mavela.
Robert oderwał swój wzrok od ekranu laptopa i spojrzał na mnie krytycznym wzrokiem.
- Cześć - rzekł w końcu. - Niepotrzebnie się fatygowałaś. Sam miałem zanieść Davidowi te papiery.
Przetwarzałam w myślach słowo "fatygowałaś" i znowu poczułam wzbierającą we mnie złość. Kolejny już raz ktoś odważył się użyć wobec mnie drugiej osoby liczby pojedynczej bez uprzedniego spytania mnie o zdanie. Czy ja naprawdę wyglądałam jak pieprzona małolata, której nie należy się odrobina szacunku?
Zastanawiałam się czy wybuchnąć od razu czy poczekać z eksplodującą we mnie bombą atomową na Davida.
- Zbieramy się młoda - Robert przeszedł obok mnie i nie zważając na mnie pognał do windy.
Przez chwilę stałam i wyobrażałam sobie jak moje ręce zaciskają się na szyi pana Wojciechowskiego. Drobna kobieta bez nazwiska znacząco chrząknęła przypominając mi, że powinnam opuścić to ściśle chronione miejsce. Zrezygnowana wyszłam bąkając pod nosem grzeczne "do widzenia" i stwierdziłam, że przejdę się schodami. Winda pewnie zdążyła już wysadzić Wojciechowskiego na dwudziestym piętrze i zjechać na sam dół lub wjechać na samą górę, żeby zabrać oczekujących ją ludzi.
Zaczynał mi się psuć doszczętnie humor. Bardzo zależało mi na tym, żeby cieszyć się pracą i wytwarzać wokół siebie pozytywną aurę, ale ciągle ktoś mi przeszkadzał. David robił to nagminnie i zastanawiałam się czy to nie stało się przypadkiem jego hobby. Tak czy inaczej musiałam nad sobą popracować. Może byłam po prostu nadwrażliwa? Może wszystkich traktował tak chłodno jak mnie?
Zatrzymałam się przy ostatnim schodku.
Nie widziałam, żeby odnosił się tak do Adelajdy. Dużo od niej wymagał, ale nigdy nie zwracał się do niej tak zimno jak do mnie.
Przeszłam długi korytarz prowadzący do mojego gabinetu.
Nie był dla niej chłodny, bo ona nie nawalała i znała się na tej robocie. Chociaż może chodziło o to, że Adelajda jest jego kuzynką. Nie byłam do końca przekonana co do wysokiej jakości pracy Adelajdy, więc byłam skłonna przypuszczać, że David kieruje się raczej względami rodzinnymi.
Zegar na moim komputerze wskazywał już 14:02 co przyjęłam z ulgą. Im szybciej skończę pracę tym prędzej będę mogła się pozbyć z oczu mojego szefa, a im mniej Davida w moim życiu tym szczęśliwsze ono jest.
Z gabinetu szefa doszły mnie jakieś podniesione głosy, ale nie przejęłam się tym zbytnio. Jeżeli Robert Wojciechowski nawalił z pracą to jest to jego wina. I dobrze mu tak. To pewnie efekt działania karmy. Niech teraz cierpi za zwracanie się do mnie na "ty".
Mejlem przyszła do mnie wiadomość od Weroniki, która dawała upust swoim fantazjom związanym z dzisiejszym wieczorem. Nie mogłam uwierzyć, że może być, aż tak nakręcona. Cieszyłam się, że nie umiera z nudów i nie męczy mnie juz tym jaka jest samotna. Przez chwilę przeszło mi przez myśl, że jej randka może jednak nie wypalić. Weronika z pewnością spodoba się tej dziewczynie, ale bałam się, że skończy się to na jednorazowej przygodzie łóżkowej, a patrząc na to jak przeżywała to spotkanie moja przyjaciółka, nie chodziło jej tylko o seks. Musiałam się zabezpieczyć na tego typu ewentualność.
Skup się. Najpierw praca.
Eh, praca, praca, praca.
Podskoczyłam na krześle kiedy drzwi do gabinetu Davida otworzyły się gwałtownie. Twarz Roberta Wojciechowskiego wyrażała niespotykaną na co dzień radość. Nie wyglądał na kogoś kto przed chwilą dostał naganę od szefa.
Skąd więc te wszystkie krzyki Davida?
- A ty młoda co tu jeszcze robisz?
Spojrzałam na niego spod byka.
- Pracuję - uśmiechnęłam się mimo woli.
- Przecież już dawno po trzeciej.
Uniosłam jedną brew i przez chwilę wpatrywałam się w figlarną twarz Roberta. Przecież dopiero co sprawdzałam godzinę i było chwilę po drugiej. Zerknęłam kątem oka na ekran laptopa i moje oczy powiększyły się odrobinę. Miał rację. Dochodziło 15 po trzeciej.
- No tak. Nie zauważyłam - zaczęłam układać dokumenty na moim biurku.
W tym samym momencie z gabinetu wyszedł David z teczką pod pachą i zaczął zamykać drzwi.
- Kurczę. Co ja bym dał, żeby mieć taką pracownicę u siebie.
Obydwoje z Mavelem spojrzeliśmy podejrzliwie na Roberta.
- Taka chęć do pracy! Nie czeka, aż zegar wybije trzecią, żeby jak najszybciej uciec z pracy tylko pracuje! Musisz sobie ją bardzo cenić Davidzie.
Spojrzałam na mojego szefa. Przyjął swoją standardową minę kiedy był na mnie wściekły. Przeniósł swój wzrok na moją osobę i twardo milczał. Robert zauważył napięcie jakie się między nami wytworzyło. Zrezygnowałam z walki na spojrzenia i wzięłam torebkę z oparcia krzesła.
- No pochwal tę młodą damę!
Przełknęłam ślinę i spuściłam wzrok.
- Nie robię tego dla pochwał - odezwałam się w końcu. - Moja praca nie jest idealna i dlatego z niczym się nie wyrabiam i zostaję po godzinach.
- Co ty mówisz! Bardzo dobrze ci idzie. David opowiadał mi, że robisz więcej niż poprzednia dziewczyna, która tutaj była. A uwierz mi, ona się na tym znała lepiej od ciebie.
Przewalczyłam w sobie pokusę spojrzenia na mojego szefa.
- Cieszę się, że szef tak mówi. Do widzenia - odwróciłam się i prawie puściłam biegiem do windy.
Kiedy znalazłam sie już poza biurowcem, puściłam się pędem do metra. Nie wiedziałam dlaczego, ale czułam, że muszę biec. Próbowałam się z czegoś uwolnić. Może z poczucia dyskomfortu jaki wywołała we mnie rozmowa z Robertem. A może chodziło o wzrok Davida. O jego ciągły gniew.
Do domu Weroniki dojechałam szybciej niż zwykle. Przez cały czas byłam pogrążona w myślach i prawie przegapiłam swoją stację. Z ulgą weszłam do kamienicy i zaczęłam wspinać się po schodach. Nagle doszły mnie jakieś wrzaski i głośne stukanie w drzwi. Nigdy nie słyszałam, żeby któryś z sąsiadów tak się awanturował, ale im znajdowałam się bliżej mieszkania Weroniki tym wstępował we mnie większy strach, bo głosy stawały się wyraźniejsze. Kiedy weszłam na półpiętro znajdujące się między czwartym, a trzecim poziomem moje nogi odmówiły posłuszeństwa.
Moim oczom ukazali się państwo Wilamowscy w całej swojej pełni. Mój tata walił w drzwi, a mama zniecierpliwiona rzucała kąśliwe uwagi. W pewnym momencie odwróciła się i zauważyła mnie, na moje nieszczęście. Jej twarz przyjęła złośliwy wyraz.
- No nareszcie jesteś!
Mój ojciec przestał wreszcie katować biedne drzwi i odwrócił się w moją stronę. Nawet z tej odległości widziałam pulsującą na jego skroni żyłkę. Był wściekły.
Zaczęłam powoli przestępować z nogi na nogę i jakimś cudem wreszcie znalazłam się w mieszkaniu Weroniki. Moi rodzice weszli nieproszeni za mną i zaczęli rozglądać się z obrzydzeniem po przedpokoju. Wolałam tego nie widzieć, więc odwróciłam się do nich plecami i zdjęłam buty.
- Mogłabyś się chociaż odezwać do matki. Przyjechaliśmy z tak daleka, a ty nic. Nawet kawy nie zaproponujesz.
- Nie będziemy pić kawy. Przyjechaliśmy chyba po to, żeby się z nią twardo rozmówić - mój tata zajął miejsce na sofie w salonie.
Mama zdjęła rękawiczki (na cholerę jej rękawiczki w środku lata?) i rzuciła je na stół.
- Ja nie wiem jakim cudem ona wyrosła na tak niewdzięczne dziecko. Chyba starałam się ją dobrze wychować Stefanie, prawda?
- Oczywiście Anetko, oczywiście. To w ogóle nie jest twoja wina. Człowiek się z pewnymi rzeczami rodzi i do tych pewnych rzeczy należy charakter. Ona już była tak zaprogramowana od małego.
- Po kim ona odziedziczyła te geny? - matka zrobiła teatralną minę.
Stałam przed nimi na środku salonu już kilka sekund, ale najwyraźniej użalanie się nad sobą nie pozwoliło im tego zauwayżyć.
- Taki wstyd, taki wstyd... - moja mama lamentowała w dalszym ciągu.
- Dobrze, już wystarczy - zirytowałam się. - Co wy tu robicie?
Spojrzeli na mnie ze zdziwieniem.
- Jak to co? - mama załamała ręce.
- Zabieramy cię do domu gówniaro. Nie będziesz nas upokarzać przed znajomymi jakimiś ucieczkami z domu. Chyba dość już narobiłaś - ojciec zaczął gestykulować i grozić mi palcem.
- Jak mogłaś coś takiego zrobić? Poświęciłam dla ciebie całe życie, a ty tylko tyle potrafisz mi dać? Tak się odpłacasz?
Mogę przysiąc, że dostrzegłam w oczach matki łzy. Jaką ona była świetną aktorką.
- Jak mnie znaleźliście?
- To chyba nie jest istotne. Nie uważasz, że należy nam się jakieś wyjaśnienie? - mama starała się być łagodna.
- Dla mnie jest.
- Namierzyliśmy cię za pomocą twojego telefonu - ojciec nie ukrywał, że śmieszy go moje naiwne pytanie.
- Wspaniale - potarłam twarz dłonią.
Zapamiętałam, żeby kupić nową kartę. I najlepiej nowy telefon. Kto wie co mi tam zamontowali. Zawsze byli nadopiekuńczy, więc nie zdziwiłabym się, gdybym odnalazła tam jakiś czip albo inne cholerstwo.
- Musisz wrócić do domu. Faktem jest, że oboje z ojcem brzydzimy się tobą i tym co zrobiłaś. Myśleliśmy już o kilku sposobach, żebyś znowu stała się normalna...
- Normalna?! - przerwałam jej w pół zdania.
Musiałam usiąść, bo na stojąco ta rozmowa była nie do zniesienia.
- Nasz znajomy to dobry lekarz. Polecił nam elektrowstrząsy.
- Chcemy, żebyś wyszła na prostą.. - zaczął mój ojciec.
- Co za ściema. Chcecie tylko dobrze wypaść w oczach znajomych.
- Jak ty się do nas odzywasz szczeniaku? - mój ojciec wstał.
- Nadszarpnęłaś nasze dobre imię! - matka wpadała już w histerię i ciągnęła ojca za rękaw koszuli.
- Wybaczcie, ale to nie jest już wasza sprawa.
- Pomyślałaś w ogóle o tym jak to się odbije na nas? Wszyscy uważają nas za patologię. Przyjaciel ojca, Maks, przestał się z nim widywać od czasu twojej ucieczki!
- To kiepski z niego przyjaciel najwyraźniej - założyłam nogę na nogę.
Nudziła mnie już ta rozmowa. Nie miałam siły nai ochoty znosić ich oskarżeń. Potrafili dotrzec tylko swoją krzywdę, a mnie mieli gdzieś jak zawsze. Tak jak sześć lat temu. Wtedy kiedy zdarzyło się Tamto Piekło. Moi znajomi zaczęli to tak nazywać. Zawsze kiedy go ponownie widywałam na mojej twarzy pojawiał się ślad przerażenia. Raz przeszedł koło mnie w Starbucksie i moja przyjaciółka spytała czy to ten facet z Tamtego Piekła. To Weronika pierwszy raz nadała temu imię. To jej pierwszej wyznałam prawdę o swojej przeszłości i moim bagażu doświadczeń. Ona to zrozumiała. W przeciwieństwie do moich rodziców, którzy nie rozumieli nic.
- Lepiej z nami tak nie pogrywaj, bo się skończy w twoim życiu wszystko co piękne - ojciec podchodził do mnie z ręką przygotowaną na uderzenie.
- Stefanie, na litość boską! - matka odciągnęła go na sofę.
To był bardzo dobry wybór. Odkąd ostatni raz mnie uderzył zapisałam się na brazylijskie ju-jitsu i dlatego jego kolejny atak mógłby się dla niego źle skończyć. Swoją drogą mój trener bardzo mnie chwalił. Powinnam do tego wrócić.
- Kiedy przyszedł do nas ten chłopak byłam sama w domu! Zabrał twoje rzeczy i po prostu sobie wyszedł - moja mama opowiadała tę historię z takim napięciem i bólem na twarzy jakby to była najbardziej traumatyczna sytuacja jaka jej się w życiu przytrafiła.
Pokręciłam z rozbawieniem głową.
- I jeszcze ta kobieta..
Cień uśmiechu zniknął z mojej twarzy. Spojrzałam w skupieniu na mojego tatę.
- Co z tą kobietą?
- Przyszła do nas. Pytała o ciebie. A później przyszedł jej mąż i wszystko nam powiedział. Też cię szukał.
Moje serce zaczęło szybciej bić.
- Powiedzieliście jej gdzie jestem?
- Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy. Chcieliśmy jej zapłacić za milczenie. Jej mąż nie dał się tak długo prosić, od razu łyknął kasę - mój ojciec uśmiechnął się pod nosem, a potem spoważniał. - Ale ona nie dała się tak łatwo spławić. Powiedziała, że musi się z tobą rozmówić i że tylko wtedy da spokój.
- Więc dałeś jej mój adres?
- Nie, oczywiście, że nie. Powiedziałem tylko, że jesteś w Warszawie. Prawdopodobieństwo, że cię tu znajdzie jest nikłe, a przynajmniej mamy z nią spokój.
Siedziałam nieruchomo i wbijałam paznokcie w oparcie fotela. Prawdopodobieństwo okazało się jednak większe niż przypuszczał mój ojciec. Teraz bałam się nie na żarty. Zaczynałam podejrzewać, że to naprawdę ją widziałam w metrze poprzedniego dnia.
- Hej, Aimée, słyszysz mnie? - ojciec mocno mnie szturchnął.
- Co?
- Wracasz z nami do domu.
- Nigdzie nie jadę. A teraz proszę, idźcie już sobie.
- Kochanie, ale nie możesz nas tak wyrzucić! - matka zakrywała oczy chusteczką.
- Jesteśmy twoimi rodzicami i masz nas słuchać - ojciec próbował wzbudzić we mnie respekt.
Niestety moi rodzice już dawno stracili wszystko w moich oczach.
- Mam 21 lat, sama za siebie odpowiadam i robię co mi się podoba. A teraz was żegnam.
- Ty mała zdziro! - ojciec podszedł do mnie i znów podniósł rękę.
- Nie radzę - spojrzałam mu twardo w oczy.
Jego ręka ruszyła w moją stronę, ale zastosowałam jedną z dźwigni, której nauczył mnie mój trener i przewróciłam ojca na plecy. Mama zaczęła piszczeć i skakać wokół taty.
- Stefanku, wszystko dobrze? Stefanku odezwij się. Kochanie, proszę.
Patrzyłam na nich zimnym wzrokiem i wiedziałam, że ja już nie mam rodziców.
Ojciec wstał chwiejnie z podłogi. Oparł się o ramię matki i oboje skierowali się do drzwi. Rzucili w moją stronę jeszcze gniewne spojrzenia, ale nie zwróciłam na to nawet uwagi. Zamknęłam za nimi drzwi na zamek i rzuciłam się na sofę.
Po jaką cholerę oni w ogóle do mnie przyjechali? Faktem jest, że dzięki nim udało mi się dowiedzieć czegoś więcej o Ninie. Cieszyłam się też, że jej mąż nie będzie się na mnie mścił. Spotkanie z rodzicami jednak kompletnie mnie rozstroiło emocjonalnie. Jeszcze bardziej dołował mnie fakt, że nie będę miała nawet z kim tego omówić. Dlaczego Weronika musiała się umówić na tę randkę akurat dzisiaj?
Usiadłam na sofie i zastanawiałam się co mam ze sobą zrobić.
Czy fakt, że Nina zna moje położenie był niepokojący? Cholernie.
Czy Nina rzeczywiście stanowiła dla mnie zagrożenie? Stanowiła i to cholerne.
Czy miałam się czego obawiać? Oczywiście, że tak.
Tylko jak miałam się ochronić przed kimś o kim nawet nie wiedziałam gdzie się znajduje? Nie miałam pojęcia czy jest w Warszawie. Okey, ta kobieta w metrze ją przypominała, ale czy to naprawdę była ona? Po tamtym telefonie wpadłam w lekką panikę, więc możliwe, że ta kobieta była do niej podobna, ale tak naprawdę to nie była ona.
Z drugiej strony telefon w kancelarii mógł być kolejnym dowodem na to, że Nina przyjechała jednak do Warszawy. Nie było żadnych oczywistych poszlak, że to ona dzwoniła. Głos Joanny Blejdy nie przypominał w najmniejszym stopniu głosu Niny Mikulewicz, ale czy tak trudno zmienić głos w rozmowie telefonicznej? Już sama komórka nieco go zniekształca. Jednak moje imię usłyszałam dopiero po długiej przerwie. Możliwe, że w ogóle nie padło z ust kobiety tylko było moim wytworem wyobraźni.
Czy była możliwość odnalezienia Niny?
Siedziałam przez chwilę masując sobie skronie. Nie widziałam takiej możliwości. Nikt nie podałby mi lokalizacji osoby, która dzwoniła do mnie z groźbami. Zgłoszenie na policję też nie wchodziło w grę. Nie miałam twardych dowodów, poza tym kto zgłasza sprawę o nękanie po kilkudniowym czekaniu?
Westchnęłam.
Nie mogłam złapać Niny, ale mogłam zrobić inne rzeczy. Na koncie miałam wciąż niezłą sumkę, więc postanowiłam od razu kupić nowy telefon i kartę. Do listy zakupów dodałam też ogromne pudło lodów i kakao.
Przebrałam się z moich roboczych ciuchów w szare spodenki i łososiową koszulkę na ramiączkach z dużym dekoltem. Spięłam włosy w kucyk i przewiesiłam sobie przez ramię torbę. Spojrzałam na siebie w lustrze. Już dawno nie miałam tak przygnębionej miny. Za dużo się już wydarzyło tego dnia. Kupię telefon i zrelaksuję się trochę przy lodach i kakao.
Sporo czasu zajęło mi zanim znalazłam jakiś salon. Miły pan przez pół godziny roztaczał przede mną wizje zaoszczędzonych pieniędzy, darmowych SMS-ów i MMS-ów, a także dostępu do internetu. Długo zastanawiał się też wraz ze mną nad tym czy korzystniejszy będzie dla mnie abonament czy karta. Był naprawdę uroczy i świetnie wychodziło mu granie szczerze zainteresowanego moim problemem.
- Potrzebuję też nowego telefonu.
Uśmiechnął się do mnie.
- Mamy kilka modeli, które powinny panią zainteresować.
Po kolejnych dwudziestu minutach udało nam się spisać umowę. Byłam zadowolona z zakupu. Telefon idealnie mieścił mi się w ręce (co było miłą odmianą, bo poprzedni przypominał raczej tablet) i posiadał pojemną kartę pamięci. Z radością wyobrażałam sobie ile muzyki może się na nim zmieścić i jak moja droga do pracy będzie przez to urozmaicona.
W drodze powrotnej zahaczyłam o Carrefour Express i kupiłam lody czekoladowe i kakao. Kiedy przyszłam do domu dochodziła 20ta. Włączyłam mój nowy telefon i przesłałam na niego kontakty ze starego aparatu. Wysłałam wszystkim ważniejszym znajomym SMS-a z moim nowym numerem i podłączyłam urządzenie do ładowarki. Usiadłam przed telewizorem i otworzyłam lody. Skosztowałam trochę i stwierdziłam, że nie tak chcę spędzić ten wieczór.
Nie, żeby lody nie były smaczne, bo miło łechtały moje podniebienie. Czułam potrzebę ruchu.
Przebrałam się więc trzeci raz tego dnia w spodnie z dresu, koszulkę z okładką płyty "Unknown Pleasures" Joy Division i nałożyłam na siebie czarną bluzę.
Zaczęłam biegać po osiedlu. Zauważyłam też lasek niedaleko, więc szybko wskoczyłam na ścieżkę najbliżej zabudowań. Bałam się bardziej zagłębić. W głowie słyszałam głos matki o gwałcicielach i mordercach. Nie, żeby to było głównym powodem mojej niechęci penetracji zielonego skrawka. Robiło się już ciemno, a ja z pewnością bym się zgubiła.
Moje nogi poruszały się mechanicznie swoim tempem, a ja oddawałam się słuchaniu czarujących dźwięków Depeche Mode. Przywoływałam w swojej głowie wszystkie złe i miłe wspomnienia. Spontanicznie przychodziły mi do głowy różne wydarzenia z mojego życia. Omijałam jednak szerokim łukiem Tamto Piekło i incydent z Niną.
Mój oddech stał się urywany i czułam jak szaleńczo bije mi serce. Próbowało zwiększyć dopływ tlenu do każdej z komórek mojego ciała, ale płuca nie chciały współpracować. Zaczynałam się po mału dusić. Zdałam sobie sprawę, że specjalnie nie wzięłam leków na rozszerzenie oskrzeli. Próbowałam się ukarać, ale za co? I czemu nie zrobiłam tego w subtelny sposób jak kiedyś?
Odkrycie prawdziwego powodu mojej wieczornej przebieżki nie zmieniło jednak niczego. Oczywiście, że musiałam przestać biec, ale nie chciałam tego robić. Ostatnio strasznie się zapuściłam i moje ciało potrzebowało trochę ruchu. Stagnacja sprawiała, że mój tłuszcz rozchodził się po całym ciele, a skóra traciła napięcie. Mięśnie też zdawały się żyć swoim życiem i rozpraszały się w różne strony. Zaczynałam się formować w kulkę, a tego nie znosiłam.
Wybiegłam w końcu z lasu i pognałam w stronę osiedla. Zaczynałam coraz bardziej rzęzić i lada moment mogło się to źle skończyć. Po schodach już nie wbiegłam, ale zdołałam się na nie wczołgać. Trzymając się balustrady dobrnęłam w końcu na czwarte piętro. Z trudem otworzyłam drzwi i doszłam do swojego pokoju. Wyciągnęłam z torebki wziew i mocno się nim zaciągnęłam. Padłam na łóżko starając się spokojnie oddychać.
Zamknęłam na chwilę oczy.
Kiedy oddech stał się regularny podniosłam tyłek i poszłam się umyć.
Byłam cholernie zmęczona całym dniem. Wybuchy Davida, humor Roberta i dodatkowo wizyta moich rodziców całkowicie mnie rozstroiły. Musiałam przyznać jednak, że wkurzanie się na Wojciechowskiego nie miało żadnego sensu. Może gdybym miała lepszy nastrój nawet bawiłoby mnie jego podejście do mnie. Prawda była taka, że był cholernie rozbrajający z tym swoim "młoda". Przychodziło mu to naturalnie, on po prostu taki był.
Przypomniały mi się jego ostatnie słowa. David opowiadał mi, że robisz więcej niż poprzednia dziewczyna, która tutaj była. 
David mówił mu coś miłego o mnie. Skoro miał o mnie dobre zdanie dlaczego tak strasznie mnie zjeżdżał? Powoli zaczynałam nabierać pewności, że jego napady wściekłości mają raczej charakter osobisty. Czy to możliwe, że on naprawdę...? Czy on mógł być zazdrosny o Gabriela?
Uśmiechnęłam się na tę myśl.
- To może być zabawne - powiedziałam do swojego odbicia w lustrze.
Poczłapałam do łóżka i zakopałam się w kołdrze. Nie byłam w stanie czekać na powrót Weroniki.

*******
 Mam nadzieję, że 14 stron zadowoli moją najwierniejszą czytelniczkę! Ten rozdział jest chyba najdłuższy w mojej blogowej "karierze", a więc ciesz się małpo! Niedługo ciąg dalszy :) 

11 komentarzy :

  1. namacałam ...wow jestem pod wrażeniem dostępności tabelki do komentarzy

    OdpowiedzUsuń
  2. A co do sedna sprawy czyli bloga ...nareszcie ruszyłaś z kopyta ,trochę się gubię ale może dlatego ,że mam ostatnio problemy z koncentracją ....dużoooo bohaterów .....ale postaram się ogarniać .Na pewno nauczę sie od ciebie interpunkcji i moi blogoczytacze będą ci wdzięczni

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zamierzam niedługo wzbogacić stronę "Bohaterowie" o krótkie informacje o każdym z nich, więc może to ułatwi sprawę :)
      Ale dziękuję za miłe słowa (tak rzadkie w twoich ustach!)

      Usuń
  3. a propos okularów to będę musiała o tym pomyśleć bo tak nadziubdziałas te "komentarze" że z lupa trzeba ich szukać ...ale chociaż widać że jest tam coś nadziubdziane ;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. odnośnie bohaterów ,to nie kwestia who is who tylko tego ,że wrzuciłaś ich naraz strasznie dużo ,w zasadzie co chwilę pojawia się nowa osoba.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No co ty! Tylko na początku :) Przeczytałaś już wszystkie rozdziały? :o

      Usuń
  5. Żartujesz sobie, prawda? 14 stron to dla ciebie dużo?! Pff, wymięka przy tych moich 30 :P Ale biorąc pod uwagę fakt, że bardzo często dodajesz rozdziały, to mogę ci wybaczyć. Poza tym masz lekkość pisania i kreowania postaci. Za to masz u mnie wielkiego plusa. Ale ogromny minus za brak przecinków!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz ile zajmuje napisanie tak długiego tekstu? W życiu, aż tak się nie produkowałam. Sęk w tym, że nie chce zwalniać akcji, a czasami wydaje mi się, że was zanudzam zbyt długimi opisami bądź wywodami Aimee. Staram się to wyważyć.
      Cóż z przecinkami chyba nie podołam :<

      Usuń
    2. nie przejmuj się z tymi przecinkami ja żebrałam tyle kopów za interpunkcje i przeżyłam (musiałam popoprawiać całą "Lillian " żeby zadowolić blogoczytaczy ) ,teraz wstawiam przecinki gdzie popadnie i nikt się nie skarży

      Usuń
    3. Interpunkcja nigdy nie była moją mocną stroną, więc zdaję sobie z tego sprawę. Jak będę wydawać książkę, to kto inny się będzie tym martwił :)

      Usuń