Siedzę w klubie. Za Boga nie wiem co mnie tu sprowadziło i w jakim
celu. Jedno jest pewne: to był błąd. Rozglądam się jeszcze raz w oczekiwaniu
jakiegokolwiek znaku człowieczeństwa, ale prawda jest taka, że znajduję się
wśród małpiszonów.
- Ja pierdzielę, za jakie grzechy? – pytam sama siebie na głos
wiedząc, że łupanie basów uniemożliwi zrozumienie ruchu moich warg komukolwiek
z obecnych.
Oczywiście nie jestem tutaj sama. Moja koleżanka szybko odnalazła się
w tej fajowskoczadowskozajebistoyolowej sytuacji. No nic tylko pozazdrościć jej
obściskiwania się z przystojnym brunetem koło śmierdzącego damskiego kibla.
Znaczy się toalety. Nie mogę znieść dłużej tego widoku, więc odwracam się w
kierunku sceny, pod którą tańczy kwitnąca młodzież XXI-ego wieku. Czego by o
nich nie powiedzieć widać, że ubaw mają niezły, ale z jakiego powodu to bladego
pojęcia nie mam! Chwytliwe i taneczne bity zamieniły się nagle w jeden zgiełk i
walenie garów. Gdyby nie fakt, że przyszłam tutaj z Weroniką, uciekłabym zaraz
po usłyszeniu pierwszych dwóch piosenek. A właśnie! Odwracam się. Wkłada jej
ręce pod koszulkę. Jest stabilnie.
Kiedy powracam na swoją poprzednią pozycję i zamierzam znaleźć ciekawy
obiekt do obserwacji, natrafiam na twarz jakiegoś głupka, który wlepia we mnie
tępe spojrzenie i na przemian rusza brwiami. Osz ty boże seksu! Patrzę na niego
znudzonym wzrokiem i nie mogę się nadziwić tym kosmitą. Po chwili orientuję się,
że celem jest jednak paszczur ledwo utrzymujący pozycję siedzącą po mojej lewej
stronie. Jestem uratowana, ale jednocześnie nieco zawiedziona. No co jak co, ale atrakcyjna jestem! Brzydal
jest jednak zbyt nieśmiały, żeby zaczepić zapitą paszczurzycę, a mnie zaczyna
już nużyć jego osoba, więc na chwilę zapadam we własne myśli, odlatując daleko
od śmierdzącego klubu COOL.
Dzisiaj rano nie pomyślałabym jeszcze, że się tutaj znajdę. W ogóle,
że zrezygnuję z darmowej podwózki do domu. Po przylocie nie marzyłam o niczym
innym jak powrocie do swojego światka, kąpieli i moim łóżku. Lot opóźnił się z
niewiadomego mi powodu, a ja byłam skazana na towarzystwo tych wszystkich.. Polaków. Przede mną siedział ojciec dwójki
dorodnych dzieciaków i nawet bardzo dorodnej kobiety i obserwował mnie zaciekawionymi ciemnymi oczami. Nienawidziłam go w tamtej chwili ogarnięta
szałem nienawiści tablicy informującej o wylotach, samolotu, pilotów i
lotniska. Później wszystkie negatywne odczucia ulokowałam jednak w jego żonie zarzucając
jej głupotę i naiwność. Wpatrywał się w mój biust tak intensywnie i łapczywie,
że każdy idiota by zauważył. Ubrałam bluzę, a on zniesmaczony odwrócił wzrok.
Za mną siedziało dziecko z kategorii „jestem ciekawe świata, muszę ciągle gadać”.
- A kiedy przyleci samolot? A jaki będzie pilot? A czemu czekamy? A
kupisz mi zabawkę jak wrócę do domu? A ile jeszcze minut, aż przyleci samolot?
A babcia przyjdzie do nas w poniedziałek? A na dworze pada? Czemu czekamy
mamooo? Mamoo..
Założyłam słuchawki i spojrzałam na mocno nieogarniętą mamę i
łysego ojca zaopatrzonego w otwarte usta. Najwyraźniej mocno wytężał umysł, bo minę miał
taką zaciętą. I te otwarte usta... Jejku...
Słyszę pierwsze dźwięki Poison Coopera
i obserwuję zachowania ludzi. Nienawidzę wpatrzonej w siebie platyny kroczącej w tę i z powrotem przed moim nosem, grającego
na PSP przygłupa, ziewającego blondyna, ludzi wsiadających do samolotu, który
przyleciał na czas, filaru zasłaniającego mi część lotniska, zamkniętej
kawiarni (akurat mam ochotę na kawę), a przede wszystkim Wokulskiego, bo się głupio daje robić
Łęckiej… O jejku mój ulubiony moment!
Runnin’
deep inside my veins
Burnin’
deep inside my brain
Poison
Piosenka się kończy. Włączam Personal
Jesus (The Stargate Mix), odwracam się, a dwa krzesła ode mnie blondyna z
okropnym wyrazem twarzy patrzy w moim kierunku karcąco.
Nienawidzę jej.
I z tą całą nienawiścią wsiadam do samolotu. Tam po tych wszystkich
godzinach nienawiści zasypiam, a rano jestem już w Warszawie.
Zaraz po przylocie odebrałam bagaż, który zdążył kilka razy uciec mi
na taśmie. Postanowiłam wypić jeszcze zimną kawę, która okazała się z dwóch
powodów niewypałem. Po pierwsze: była ciepła. Po drugie: przyczyniła się do
tego, że teraz znajduję się właśnie tutaj, a nie w swoim łóżku. Kiedy kłóciłam
się o ciepło-zimną kawę, a sprzedawczyni sprawdzała jej temperaturę palcem, co
doprowadziło mnie do niepowtarzalnej furii, za moimi plecami zjawił się uroczy
rudzielec, który ratował kawową dziewczynę przed moimi niemalże zaciskającymi
się na jej szyi palcami.
- Spokojnie, spokojnie, bez nerwów – mówił ciągle łamanym polskim.
- Jak mam się do cholery uspokoić jak ona wkłada palce do mojej kawy?!
– wrzeszczę opętana.
- A jak inaczej miałam sprawdzić czy jest ciepła? – odpowiada krzykiem
blondyna. – Poza tym proszę pani ona jest lekko letnia, a nie ciepła!
- Ja bym w takim razie prosił dla tej pani najzimniejszą kawę jaką tu
macie na mój koszt.
Odwróciłam się zaszokowana.
- Nie ma mowy.
Dziewczyna przestaje naliczać na kasie kawę do jego rachunku.
- Ale ja bym nalegał.
Kawowa zadowolona wciska kolejny przycisk.
- Nie, dziękuję.
Strapiona spogląda bezradnie na nas i na drukujący się paragon.
- I co teraz…? – jęczy.
- Niech pani ją zrobi – uśmiecha się rudzielec. – A pani zechce zająć
jakieś miejsce, zaraz wrócę.
Zrezygnowana, ale równocześnie zachwycona tym, że podobam się tak
przystojnemu rudzielcowi, zajmuję miejsce z widokiem na postój taksówek i czekam.
To tylko
niezobowiązująca kawa, tłumaczę sobie w myślach.
Podchodzi z kawą i uśmiecha
się kolejny raz.
- Zajęta jesteś dziś wieczorem?
Nie pamiętałam, żebym z nim przechodziła na ty.
- Nawet bardzo – sączę spokojnie kawę. – A ty?
Zaśmiał się. Uroczy.
- Jak masz na imię? – udaje, że nie słyszał mojego pytania.
- Aimée.
- Przyjechałaś tu na wakacje?
- Mieszkam w Polsce. A ty na wakacje?
- Tak. I chciałem dobrze zacząć ten wyjazd. Obejrzeć trochę wieczornej
polskiej specyfiki.
Patrzę mu prosto w oczy i czuję, że się rumienię. To jest taka MOJA piekielna specyfika.
- Życzę powodzenia – biorę swoją kawę, chwytam walizkę i kieruję się
do wyjścia.
Nawet za mną nie krzyczy. To w końcu nie komedia romantyczna. Na pewno
już wypatrzył inną. Życie.
Dzwonię do Łapy i oświadczam mu, że nie wracam z nim na Śląsk. Coś tam
krzyczy i jęczy, ale w końcu daje za wygraną. Potem krótki telefon do Weroniki.
No i club, bed & breakfast w cenie. Najwyższy czas się trochę rozerwać.
Ale.. To
miał być klub, a nie melanżownia. Wzdycham.
Z zamyślenia wyrywa mnie dziewczyna-zombie. Ale autentyczna dziewczyna-zombie!! Zmierza w moim kierunku
nie zauważając chyba rzędu stołów przede mną. Z głowy zwisają jej tłuste
strąki, nogi rozkraczone, w lewej ręce trzyma torebkę, którą szura po brudnej
podłodze klubu. Otwarte usta zdradzają jej niesamowity intelekt i to spojrzenie
zapitego menela- poezja! Kiedy orientuje się, że zaraz wpadnie na stół, ustępuje mu z
drogi mrucząc pod nosem „Ku*wa, Ku*wa”, a ja mam okazję spojrzeć na jej wygięte
do przodu biodra kiedy śmiale kroczy ku łazience. Pod koniec drogi przyspiesza
nieco trzymając się za usta. Koło mnie siada całująca się para i w momencie
dostrzegam ich wystające języki. Ewakuacja! Omijam kałużę rzygów, staję pod
ścianą upewniając się uprzednio czy nie spotka mnie tam niemiła niespodzianka.
Po chwili dziewczyna-zombie wyłania się z kibla chwiejąc się. Jej znajomi
dobiegają do niej i podtrzymują, holują do najbliższego krzesła i każą usiąść.
Patrzę na Weronikę. Brunet obmacuje jej tyłek. Fuj.
Patrzę na dziewczynę-zombie. Skubana! Wykorzystała moją i swoich
znajomych nieuwagę (całowali się namiętnie) i stawiając swoją stopę metr od
drugiej (z tymże po skosie, a nie do przodu jak normalny człowiek), uciekła na
parkiet.
Patrzę na Weronikę. Oderwana od swojego kochasia na moment sprawdza
też jak sytuacja ma się u mnie i widząc moje zmęczenie tym wszystkim co się
dokoła mnie dzieje, stwierdza, że koniec mojego szaleństwa i ucieczki od
rzeczywistości. Klepie bruneta po tyłku i zrzuca go z siebie.
Wychodzimy.
Coś mi to przypomina. Hm... Ciekawe co? Wokulskiego mam już po dziurki w nosie! Może wypchać się tą swoją Łęcką. Weronika i klub? Oko. Udam, że nie wiem.
OdpowiedzUsuńOgólnie bardzo, bardzo ładnie. Przyjemnie się czytało, ale były problemy techniczne, ponieważ żółty to chyba nienajlepszy kolor. Ale reszta bardzo fajna! Aha i dziękuję za link :*
Coś się postaram z tym kolorem zrobić. Nie wszystkie szczegóły są autobiograficzne :P i dziękuję <3
UsuńTeraz jest o wiele lepiej! <3 Wiem, wiem, ale "Lalka" nadal odgrywa tu najważniejszą rolę :*
UsuńPS. Wokulski kopnął już w dupę Łęcką, czy jeszcze nie?
Nie doczytałam do końca książki, ale z tego co mi wiadomo to spieprzył sprawę i się poddał. [Nie będę ci zdradzac zakończenia książki, bo pewnie za niedługo będziesz musiała sama przez nią przebrnąc :P strzeż się jednak Paryża! może zniszczyc Twoje życie całkowicie]
UsuńCześć. Zostałaś nominowana do Liebster Award. Więcej informacji tutaj http://prisoners-of-dreams.blogspot.com/
OdpowiedzUsuńPS. A co z nowym rozdziałem?
fajowskoczadowskozajebistoyolowej......fajne słowo
OdpowiedzUsuńidealnie odzwierciedlające sytuację, czyż nie?
Usuń