środa, 18 czerwca 2014

VI

Obudziłam się dużo wcześniej niż powinnam. Zwykle przyjmowałam stres bez mrugnięcia okiem, ale pojawiło się parę istotnych kwestii, które przyprawiały mnie o szybsze bicie serca.
Spojrzałam na zegarek. 4:30. Prawie jęknęłam. Przecież będę nie do życia wieczorem.
A więc po pierwsze: dostałam wakat w jednej z najbardziej znanych i wpływowych kancelarii adwokackich w kraju po znajomości. A to było najgorsze co mogło mi się przydarzyć. Brzmi to śmiesznie, ale.. zawsze zawdzięczałam wszystko ciężkiej pracy i nie chciałam wyjść na jakiegoś leszcza. Pomoc znajomych przychodziła do mnie tylko w ekstremalnych momentach mojego życia. Być może moment ten nadszedł właśnie teraz, ale ciężko było mi się w tej chwili usprawiedliwić przed moim super ego. Gracjan wyświadczył mi ogromną przysługę i w życiu nie będę w stanie mu się odwdzięczyć.
Po drugie: bałam się, że ktoś odkryje ten fakt. Nie chciałam znosić krzywych spojrzeń innych ludzi. Wiedziałam, że w tej pracy dam z siebie wszystko i tym samym poniekąd okażę mojemu przyjacielowi swoją wdzięczność.
Po trzecie: modliłam się, żebym nie musiała współpracować z jakąś wredną blondyną.
Po czwarte: wiedziałam już, że muszę zrezygnować ze studiów. Przerwanie ich wydawało mi się końcem świata. Byłam zachwycona swoim kierunkiem, uwielbiałam się uczyć, ale nie mogłam tego w tamtym momencie pogodzić z pracą.
Walczyłam chwilę ze sobą, żeby nie zacząć płakać. Moje życie zmieniało się diametralnie, a ja nie wiedziałam czy tego chcę. Oczywiście, że byłam podekscytowana, ale żałowałam, że muszę zrezygnować z wielu ważnych dla mnie rzeczy. Dawna niezależność finansowa, jakakolwiek była, zniknęła. Niedorzecznie byłoby ciągnąć moich rodziców po sądach. Musiałabym wrócić na Śląsk, a poza tym prawdopodobieństwo przegrania rozprawy było prawie stuprocentowe.
Okey, spokojnie.
Po piąte: złowieszczy głos mojej byłej kochanki ciągle dźwięczał mi w głowie.
Po szóste: to przeze mnie oszalała. Czułam się winna. Nie dość, że miałam dług wdzięczności wobec Gracjana to jeszcze jakaś kobieta straciła zmysły i zdrowy rozsądek z mojego powodu.
Po siódme: ta kobieta chciała się na mnie zemścić.
Czy mogło być gorzej?
Doszło mnie chrapnięcie Weroniki. Nie wiem czy próbowała się w ten sposób ze mną porozumieć i dodać mi otuchy czy może stwierdzić, że gorzej dopiero będzie.
W pokoju było strasznie duszno. Postanowiłam otworzyć okno i usiąść na parapecie. Miałam okazję oglądać wschodzące słońce. Przeszły mnie ciarki, gdy zobaczyłam jak czerwoną poświatę rzucało na całe niebo. Próbowałam się skupić i nie myśleć, przynajmniej na razie, o moich obawach. Musiałam ustalić plan dnia, którego większość i tak miałam spędzić w pracy. Jasną sprawą było, że powinnam wypakować swoje rzeczy i ułożyć je w pokoju, który udostępniła mi Weronika. Oprócz tego należało kupić bilet miesięczny albo nawet kwartalny, bo do kancelarii było zbyt daleko, żeby dojść pieszo. Postanowiłam też ugotować dzisiaj kolację dla mnie, Łapy i Weroniki. Miałam nadzieję, że nie będzie miała nic przeciwko, że mój przyjaciel znowu nawiedzi jej mieszkanie. Musiałam też wysłać pismo do mojej uczelni z prośbą o rok urlopu, które pewnie zostanie rozpatrzone pozytywnie - nigdy nie miałam problemów z żadnymi papierami, moje stopnie były całkiem wysokie, więc nie było podstaw do odmowy ze strony tamtejszych władz.
Wyszłam z pokoju Weroniki i udałam się do moich czterech ścian. Zaczęłam porządkować swoje rzeczy. Nie było tego wiele. Łapa przywiózł tylko moje ubrania i kilka rupieci o wartości sentymentalnej. Znalazły się wśród nich moje zdjęcie z Weroniką kiedy jeszcze byłyśmy razem, bilety z autografami niektórych kapel, pocztówka od Gracjana z Indii, złote kolczyki, które dostałam od rodziców na osiemnaste urodziny, piłka baseballowa, przez którą wylądowałam w szpitalu, bo Łapa za bardzo się wczuł w grę, kartki od znajomych, którzy kiedyś wydawali się nieodłączną częścią mnie, a teraz mogli dla mnie w ogóle nie istnieć.
Po dwóch godzinach wszystko było już na swoim miejscu. Mój ogromny miś patrzył na mnie smutnym wzrokiem z rogu pokoju i zdecydowałam się przenieść go jednak na łóżko. Nie zapowiadało się, żebym miała przyprowadzić do tego pokoju kogoś na dzikie seksy, więc przytulanka mogła spokojnie cieszyć się zaszczytnym miejscem obok mojej poduszki.
W końcu zabrałam się za robienie jajecznicy i parzenie kawy. Byłam podenerwowana do tego stopnia, że kawałki skorupki spadły na patelnię i musiałam wyławiać je łyżką.
Po walce ze śniadaniem postanowiłam obudzić śpiącą królewnę. Zaczęłam subtelnie poszturchując ją lekko w ramię, ale odpowiedziała mi donośnym chrapnięciem, więc postanowiłam ściągnąć z niej kołdrę. Zimne powietrze zdołało ją nieco ocucić, ale tylko na chwilę. Miałam okazję spełnić swoje marzenie z dzieciństwa. Nalałam w kuchni wody do szklanki i podekscytowana, po dotarciu do sypialni, oblałam twarz Weroniki. Zaczęła się wydzierać i gdybym w porę się nie odsunęła, pewnie dostałabym z łokcia w twarz.
- Oszalałaś?
Zaczęłam chichotać. Rzadko kiedy mogłam sobie pozwolić na niemiłe, ale niewinne gesty w stosunku do moich przyjaciół. Weronika była jedną z niewielu osób, na których wypróbowywałam swoje dziecinne fantazje. Kiedyś zorganizowałyśmy wojnę na rzucanie się ciastami i dostałam od swojej przyjaciółki taki wycisk, że nigdy więcej nie zdecydowałam się ponownie wszcząć ciastkowego konfliktu.
- Śniadanie czeka.
Zjadłyśmy w ciszy. Weronika najwyraźniej była zawstydzona przebiegiem poprzedniego wieczora i bała się, że jakakolwiek rozmowa ze mną mogłaby przywołać upokarzające ją wydarzenie. Jeżeli o mnie chodzi to nie miałam z tym problemu. Nie pierwszy raz wyciągałam kogoś z takiego stanu. Poza tym Weronika nie miała powodu, żeby się mnie wstydzić. Byłyśmy ze sobą w związku parę lat i nie takie rzeczy musiałam oglądać.
- Zestresowana?
Przez chwilę przeżuwałam w zamyśleniu kęs bułki zanim dotarło do mnie, że odważyła się odezwać.
- Słucham?
- Pytam czy jesteś zestresowana?
- Troszkę - unikałam jej spojrzenia - Co zamierzasz dzisiaj porabiać?
Jeszcze tego by mi brakowało, żeby rozwijać ten temat. Im mniej o tym myślałam, tym lepiej mi to robiło.
- Jeszcze nie wiem.
- Chciałabym zrobić dzisiaj kolację i myślałam o tym, żeby zaprosić Łapę. Nie miałabyś nic przeciwko?
- Romantyczna kolacja we dwoje?
- Właściwie to we troje. Musisz zjeść z nami.
Weronika pogrzebała chwilę widelcem w jajecznicy.
- Podobam mu się prawda?
- Tak. Czemu pytasz?
- Właściwie to.. krępuje mnie ta sytuacja.
Otworzyłam usta ze zdziwienia. Weronikę krępowało, że komuś się podoba?
- Czy ty chcesz mi powiedzieć, że tobie też podoba się Krzysiek?
Spuściła wzrok. Nie mogłam uwierzyć. Weronika Romanowska była najwyraźniej zakochana.
- Ale jaja.
Spojrzałam przelotnie na zegarek i z przerażeniem stwierdziłam, że dochodziła już ósma.
- O cholera.
Zerwałam się szybko z krzesła i pognałam do swojego pokoju. Zaczęłam zakładać na siebie ubrania, które poprzedniego dnia kupiłyśmy z Weroniką. Biała koszula idealnie pasowała do mojego biustu, co zdarzało się naprawdę rzadko, ale spódnica wydawała mi się jednak za krótka. Nie miałam czasu, żeby zmienić strój po tym jak krytycznie obejrzałam się w lustrze. Moja przyjaciółka wypowiedziała parę ciepłych słów widząc mój niepokój, gdy prezentowałam jej cały ubiór wraz z marynarką i butami na niedużym obcasie, który dla mnie i tak wydawał się być zbyt wysoki. Wiedziałam, że wyglądałam całkiem seksownie w tym, niemalże galowym, stroju, ale to chyba nie do końca były rzeczy do pracy jakiej miałam się podjąć. Machnęłam ręką i czując na sobie presję czasu pożegnałam się z Weroniką.
- Skop im tyłki - powiedziała dając mi kopniaka na szczęście.
Wybiegłam z kamienicy najszybszym tempem na jaki pozwalały mi moje obcasy i cudem udało mi się zdążyć na odpowiedni autobus. Wolałam nie siadać na wolnych siedzeniach bojąc się, że mogę pognieść spódniczkę. Wysiadłam w końcu na dwudziestym przystanku i stwierdziłam, że koniecznie będę musiała przesiąść się w metro. Napisałam jeszcze wiadomość do Łapy, żeby wpadł do mieszkania Weroniki o osiemnastej. Obliczyłam szybko w głowie, że trzy godziny wystarczą mi na powrót do domu i przygotowanie kolacji.
Stanęłam w końcu przed wysokim na 200 metrów wieżowcem. W ogromnym hallu widniał spis poszczególnych pięter wraz ze znajdującymi się na nich biurami. Przez chwilę czytałam uważnie wszystkie tabliczki. Nie kojarzyłam nazw tych przedsiębiorstw. Większość z nich zawierała nazwiska wpływowych i bogatych ludzi, ale tajemnicą pozostawało dla mnie czym owe firmy mogą się zajmować. Kancelaria Mavel&Szatko znajdowała się na dwudziestym piętrze. Udałam się więc do wind i wraz z kilkoma osobami ruszyłam w górę. Zaczęły mi się pocić ręce. Reakcje mojego organizmu na stres od zawsze mnie załamywały. Jakbym miała mało problemów z otaczającą mnie sytuacją, musiałam jeszcze znosić wybryki moich gruczołów potowych.
W końcu dotarliśmy na poziom dwudziesty i śmiałym krokiem wyszłam z windy. Nie bardzo wiedziałam dokąd mam się udać i przez chwilę rozglądałam się bezradnie dokoła, aż w końcu moim oczom ukazał się Gracjan. Szedł szybkim krokiem w moją stronę rozmawiając z kimś przez telefon. Włosy miał idealnie ułożone, a jego szyty na miarę garnitur podkreślał wszystkie jego walory. Kiedy mnie dostrzegł posępne spojrzenie gdzieś zniknęło, a jego twarz przybrała łagodny wyraz. Ucałował mnie w policzek i stanął przy mnie.
- Mam nadzieję, że ta sprawa w końcu dobiegnie końca. Tak, zapraszam pana w poniedziałek. Do zobaczenia - zakończył rozmowę i skinął głową, żebym poszła za nim. - Praca sekretarki syna mojego współudziałowca to może nie jest zaszczytne stanowisko, ale tylko tyle byłem w stanie ci załatwić. Nie chcę, żebyś myślała, że był jakiś problem z zatrudnieniem cię czy że jesteś tutaj z czyjejś łaski. Nie masz odpowiednich kwalifikacji na inny stołek i..
- Gracjan, przestań. To boli co mówisz. Nie musisz się z niczego tłumaczyć. Jestem ci cholernie wdzięczna za tę pomoc. Nie zasłużyłam sobie na tą pracę. Dziękuję ci.
- Jeszcze zobaczysz jakie to piekło - uśmiechnął się do mnie. - Oczywiście nikt nie wie, że dostałaś pracę po znajomości. A nawet gdyby ktokolwiek się dowiedział nie miałby odwagi, żeby robić ci jakieś wyrzuty. To nie jest niczyja sprawa.
Wpuścił mnie do dużego pokoju znajdującego się przed gabinetem mojego nowego szefa. Chciałam przeczytać nazwisko znajdujące się na drzwiach, ale Gracjan nie dał mi czasu nawet zerknąć w tamtym kierunku. Wskazał ręką na kobietę siedzącą przy biurku na przeciwko mojego stanowiska pracy.
- Chciałbym was sobie przedstawić. Aimée to Adelajda Bonar, Adelajdo to Aimée Wilamowska. Mam nadzieję, że się polubicie.
Oczywiście, że blondyna z wyzywającym spojrzeniem. Mimo wszystko uśmiechnęłam się i wymieniłam z nią obowiązkowy uścisk dłoni. Moja współpracownica przybrała miły wyraz twarzy, więc stwierdziłam, że nie ma sensu kierować się stereotypami.
- Muszę porwać jeszcze na chwilę Aimée i omówić z nią wszystkie kwestie. Zobaczymy się później Adelajdo.
Udaliśmy się więc do gabinetu Gracjana. Chciał podpisać ze mną umowę i określić godziny pracy i wszelkie warunki. Musiałam też dowiedzieć się nieco o panujących w kancelarii zasadach. Oczywiście tych niepisemnych.
- Tutaj masz propozycję naszej współpracy - położył przede mną kilka kartek. - Praca na cały etat w zakresie czterdziestu godzin tygodniowo, od poniedziałku do piątku. Oczywiście w grę mogą wchodzić także nadgodziny, gdyby zaistniała taka potrzeba, ale zapewniam cię, że nikt nie będzie cię niepotrzebnie wykorzystywał. Wyzysk nie wchodzi w grę. Zostajesz po pracy tylko w uzasadnionych sytuacjach, gdy naprawdę jesteś potrzebna. Pracujesz jako druga sekretarka Davida, więc do tyrania powinien ciągnąć swoją kuzynkę, która jest też jego asystentką. Odbywa u nas staż i może się trochę rządzić, ale nie daj jej się zdominować. Oczywiście przysługują ci urlopy i proszę cię, gdyby zdarzyła się jakaś choroba czy problemy ze zdrowiem masz niezwłocznie skorzystać z możliwości odpoczynku. Zdrowie to jedna z najistotniejszych kwestii tutaj - wziął głęboki oddech. - Umowa na czas określony obejmuje roczną współpracę. Jeżeli nie będzie ci się u nas podobać po upływie trzech miesięcy możesz zakończyć pracę. Pensja oczywiście wypłacana miesięcznie o wysokości takiej jak tam na dole masz napisane. Od czasu do czasu zdarza nam się organizować imprezy z naszymi współpracownikami i na niektórych będziesz musiała się niestety pojawiać. To nudne jak flaki z olejem, ale taki mus. Twoja praca ogranicza się do ustalania spotkań, dopilnowywania niektórych spraw, odbierania poczty i drobnych prac biurowych.
Starałam się wszystko przyswajać. Na razie wszystko wyglądało wspaniale.
- Przeczytaj teraz umowę i jeżeli będzie spełniać twoje oczekiwania to ją podpisz. Nigdzie się nie spieszymy, więc spokojnie wszystko przeczytaj.
Przejrzałam wszystko, przeczytałam jeszcze raz wysokość wynagrodzenia: 3000 złotych i złożyłam autograf na ostatniej stronie mojej umowy.
- A więc witam nowego pracownika - Gracjan uścisnął mi dłoń i się uśmiechnął.
- Mam nadzieję, że będzie pan zachwycony moją pracą - wyszczerzyłam się.
- Ta część, w której będziesz pracować oficjalnie zaczęła działać dopiero niedawno. Po kilkunastu latach do kraju wrócił wspólnik mojej mamy i teraz oboje zarządzamy kancelarią. Będziesz pracować dla jego syna - Davida Mavela. Gość jest całkiem w porządku, sama zobaczysz. Słyszałem o nim same dobre opinie, ale jego przeszłość nie pozwala mu osiąść na laurach. Musi się wykazać tu i teraz ciężką pracą. Będziesz dzielić jedno pomieszczenie z jego kuzynką, której bardzo zależy na tym stażu. Być może pozostanie u nas i niedługo będzie siedzieć we własnym gabinecie jako adwokat, a nie asystentka, ale praca u nas otwiera jej też inne drzwi - umilkł na chwilę i nieco spochmurniał. - Od ciebie też będę sporo wymagał. To nie jest tak łatwa praca jak wszyscy myślą. Taryfa ulgowa jednak nie wchodzi w grę.
- Tylko byś mnie uraził, gdybyś stosował wobec mnie jakąś łagodniejszą taktykę niż wobec innych.
- Cieszę się, że się rozumiemy - spojrzał na zegarek. - Czeka mnie spotkanie.
Wstaliśmy oboje i skierowaliśmy się do drzwi.
- Mam nadzieję, że powiedziałem ci wszystko.
- Wydaje mi się, że więcej byś już nie mógł.
Doszliśmy do wind.
- To miłego dnia i powodzenia - pocałował mnie w policzek i zniknął mi z oczu.
Odetchnęłam głęboko i popędziłam do swojego biurka. Powiesiłam torebkę na krześle i wyjęłam z niej telefon. Wyciszyłam go i usiadłam za biurkiem. Pogładziłam mahoniowy blat i oglądałam z zachwytem wysposażenie mojego miejsca pracy. Miałam do dyspozycji czarnego laptopa, biały tablet, drukarkę, skaner i faks. Oprócz tego w szufladzie znalazłam też idealnie naostrzone ołówki, ogromny kalendarz, notes, cztery długopisy, mazaki w pięciu kolorach, kartki samoprzylepne, dziurkacz i zszywacz. Pod drukarką znajdowały się ryzy papieru w różnych barwach i o różnej grubości. Otworzyłam laptop. Na ekranie przyklejona została kartka z hasłem do mojego konta. Ku mojemu zdziwieniu obok małego avatara, przedstawiającego faks, znajdowało się moje imię i nazwisko. Zostałam zaangażowana w pracę w tej firmie zaledwie wczoraj, a Gracjan mimo natłoku spraw załatwił wszystko w najdrobniejszych szczegółach, nawet o taką bzdurę jak zmiana nazwy użytkownika. Weszłam w konto i moim oczom ukazała się standardowa tapeta Windowsa. Miałam zainstalowane kilka programów, których zadaniem było ułatwić mi papierkową robotę związaną z wystawianiem różnych wniosków, zaświadczeń czy potwierdzeń. Na rogu biurka znalazłam kartkę z numerami współpracowników i stałych klientów kancelarii, które postanowiłam niezwłocznie przepisać do notesu.
Kiedy wpisywałam ostatnie nazwisko w pomieszczeniu pojawiła się Adelajda. Uśmiechnęłam się do niej, ale jej miły wyraz twarz gdzieś zniknął.
A jednak.
Zajęłam się wpisywaniem adresu pani Frycz. Idiotki z siebie robić nie chciałam.
- Wiem, że dostałaś tę pracę po znajomości. Słyszałam rozmowę wuja z Gracjanem.
Nie odrywałam wzroku od notesu dopóki nie skończyłam wspisywać nazwy miejscowości i kodu pocztowego.
- I co w związku z tym? - zamknęłam notes i schowałam go w szufladzie biurka.
Przeniosłam wzrok na moją rozmówczynię i wiedziałam, że z moich oczu bije znudzenie i brak przejęcia tematem.
- Wiesz ilu jest chętnych na to miejsce? Jak ludzie ciężko pracują, żeby się dostać do takiej prestiżowej kancearii? A ty tak po prostu grzejesz tyłek na takim stołku nic nie wiedząc o tym na czym polega to wszystko co się tutaj dzieje.
Miała trochę racji. Nie wiedziałam nic o tej dziedzinie życia i nigdy specjalnie nie interesował mnie świat sądów od strony organizacyjnej. Los jednak postawił mnie w sytuacji, w której musiałam skorzystać z pomocy przyjaciela i wziąć dobrze płatną pracę, dzięki której miałam możliwość związać koniec z końcem. Wszystkie te sprawy jednak nie dotyczyły Adelajdy Bonar, o czym chętnie poinformowałam ją kąśliwą uwagą.
- Teraz jesteś taka mądra, ale jak staniesz przed wyzwaniami jakie stawia to miejsce szybko nauczysz się pokory.
Usiadła swoją dużą pupą na krześle, które zapadło się z cichym trzaskiem i zaczęła sprawdzać coś na swoim laptopie. Rozmowa się zakończyła, więc mogłam w spokoju zająć się przeglądaniem streszczenia spraw bieżących przygotowanego przez Gracjana, które znalazłam w drugiej szufladzie. Okazało się, że mój szef miał dzisiaj umówione spotkanie ze swoim pierwszym klientem. Z tekstu wynikało, że sprawa miała dotyczyć wywalczenia odszkodowania. Pokrzywdzony został potrącony wózkiem widłowym w sklepie OBI, co zakończyło się złamaniem przedramienia spowodowanego nieudolnym upadkiem. Sprawa wydawała się dość prosta.
Na liście moich dzisiejszych zadań widniało przede wszystkim mnóstwo telefonów, które musiałam wykonać, żeby umówić Davida Mavela na spotkania z potencjalnymi klientami. Do tego trzeba było skserować kilka dokumentów, przygotować parę zaświadczeń i odebrać pocztę mojego szefa. Na razie ze wszystkim mogłam dać sobie radę sama.
Coraz bardziej ciekawiła mnie też postać Mavela. Nigdy o nim nie słyszałam i byłam podekscytowana spotkaniem z nim. Modliłam się, żeby okazał się dużo lepszym współpracownikiem niż moja kompanka z naprzeciwka.
Zajęłam się rozpracowywaniem mojej skrzynki pocztowej. Okazało się, że na stronie internetowej kancelarii pojawił się mój adres e-mail i moja skrzynka zawierała już kilka wiadomości. Był to jednak głównie spam i nic wartościowego oprócz pytania jednego z dziennikarzy o możliwość przeprowadzenia wywiadu z Davidem Mavelem. Uznałam, że Adelajda będzie bardziej kompetentna w udzieleniu odpowiedzi.
- Przyszedł do mnie e-mail od jakiegoś dziennikarza. Mogę przesłać go tobie? Prosi o wywiad z panem Mavelem.
- Próbowali uderzyć w słabe ogniwo naszej kancelarii widzę - uśmiechnęła się złośliwie. - Dobrze, że nie byłaś tak naiwna i nierozsądna, żeby podjąć decyzję sama.
Wolałam się już do niej nie odzywać. Zajęłam się pracą i szczerze mówiąc sprawiało mi to nawet przyjemność. Kiedy byłam w połowie była dwunasta i nadszedł czas na przysługującą mi przerwę na obiad. Postanowiłam, że przeżyję bez jedzenia jeszcze kilka godzin. Musiałam wejść na internet i odnaleźć jakieś informacje o moim szefie. Znalazłam jego stronę na wikipedii jednak bez zdjęcia. Przeczytałam, że zasłynął dwoma procesami, które były niemożliwe do wygrania. W jednym mężczyzna został wyrzucony przez dużą i znaną kancelarię prawniczą Wellaman tylko dlatego, że był chory na AIDS. Jego pracodawcy tuszowali jednak całą sprawę twierdząc, że John Torn prawie zawalił bardzo ważne zlecenie. Okazało się jednak, że była to pułapka jaką właściciel kancelarii zastawił na pokrzywdzonego co udało się udowodnić Mavelowi. Drugi proces dotyczył Michaela Branton z Alford, który został wrobiony w morderstwo szesnastoletniej Anne Hall. Dowody były niepodważalne, wszystko dobrze przygotowane. Dziewczyna miała jednak powiązania z dilerami i płaciła za towar swoim ciałem. Jeden z klientów zaraził się od niej kiłą i wniósł skargę do szefa tamtejszego domu publicznego, który pojawił się w domu Anne i zatłukł ją lampą, na której znalazły się odciski palców Michaela Brantona, gdyż ten od wielu miesięcy próbował pomóc dziewczynie wyjść z nałogu i zakończyć proceder prostytucji. Davidowi Mavelowi udało się znaleźć nagranie, które ukazywało, że Branton nie był na miejscu zbrodni w czasie kiedy zamordowano dziewczynę.
Mój szef naprawdę mi zaimponował. Chciałam wejść jeszcze w grafikę na Google, ale trzask drzwi odwrócił moją uwagę.
Odwróciłam się i napotkałam niebieskie oczy rudzielca z lotniska.
- Oh! - wydałam z siebie głośny dźwięk.
Idiotka. Co za oh?
David uśmiechnął się do mnie filuternie, a ja poczułam, że się czerwienię.
- Kto by się spodziewał.
Oblizałam wargi, które stały się koszmarnie suche.
- Też jestem zaskoczona. Kto by pomyślał, że to ty jesteś tym słynnym Mavelem.
Obrzucił szybko wzrokiem moją krótką spódniczkę i jego twarz przyjęła grymas zadowolenia. Nie zamierzałam pokazać mu, że mnie to peszy. Siedziałam niewzruszona jakbym próbowała z nim wygrać jakąś bitwę. Napiętą sytuację przerwała komórka Davida.
- Tak, rozumiem, w takim razie czekam na pana.
Spojrzał na zegarek.
- Klient przyjedzie koło 13:20. Możesz go wprowadzić do mojego gabinetu, gdy się pojawi?
- Oczywiście.
Zniknął za drzwiami, a za nim unosiła się w powietrzu jeszcze tylko przyjemna woń perfum. Przez chwilę się zamyśliłam. Był cholereni seksowny. Jego barwa głosu wywoływała ciekawe reakcje w moim ciele. Przesunęłam dłońmi po ramionach, na których pojawiła się "gęsia skórka".
O 13:15 pojawił się klient mojego szefa. Zapukałam, więc do drzwi i wpuściłam go do gabinetu Mavela. Adelajda wydawała się zirytowana faktem, że to ja zajęłam się gościem i że poprosił mnie o to David. Humor poprawił jej się dopiero, gdy została wezwana przez adwokata i wzięła czynny udział w spotkaniu. Godzinę później wszyscy trzej wyszli. Adelajda ze swoim kuzynem udali się do Gracjana, żeby streścić mu na czym polega problem pana Bronowskiego. David musiał początkowo informować Gracjana. W przypadku, gdy mój przyjaciel nabrałby do niego zaufania wtedy Mavel mógł już podejmować decyzje sam. Ostrożność Szatko nie znała granic. Zagłębiłam się w swojej pracy i nawet nie zauważyłam kiedy wrócili. Skończyłam wszystko dziesięć minut przed trzecią, więc postanowiłam poukładać papiery na biurku i przejrzeć wszystko jeszcze raz. Punkt trzecia wyszłam z biura żegnając się jedynie z panną Bonar. Mavelowi nie wolno było przeszkadzać, gdyż pracował nad sprawą, zaszyty w swoim gabinecie.
Po drodze do domu zrobiłam zakupy. Zdecydowałam się na zaserwowanie tortilli. Napisałam jeszcze wiadomość do Gracjana, że dzień minął mi świetnie i wszystko było w porządku i z przerażeniem stwierdziłam, że Gabriel dzwonił dzisiaj dwadzieścia razy. Jadąc autobusem myślałam jednak tylko o Davidzie Mavelu i jego uroku osobistym. Przypominałam sobie jego zapach i świdrujące mnie spojrzenie. Wyobrażałam sobie jak wykraczamy poza granice łączące szefa i jego pracownice w jego gabinecie i... o mały włos nie przegapiłam swojego przystanku. W kuchni też nie mogłam za bardzo skupić się na kolacji, więc przypaliłam część farszu. Dodatkowo Weronika ciągle kręciła się koło mnie i poszturchiwała mnie co jakiś czas co skończyło się poparzeniem ręki w okolicy nadgarstka. Polałam dłoń zimną wodą i obwinęłam sobie ją na wszelki wypadek bandażem, żeby nie zrobić sobie znowu czegoś w tym miejscu. Weronika nalała soku pomarańczowego i nakryła do stołu.
Łapa był jak zwykle punktualny i przyniósł butelkę wina. Siedzieliśmy przez długi czas w ciszy napychając się tortillami, które okazały się być naprawdę smaczne. Byłam dość powściągliwa w mojej relacji całego dnia i taktowanie ominęłam tę część o Davidzie Mavelu. Nie chciałam rozbudzać mojej wyobraźni. Stanowczo za dużo już myślałam o nim w ciągu dnia. Weronika puszczała sobie z Krzysiem spojrzenia nad stołem i kiedy atmosfera stała się napięta między obojgiem wycofałam się z brudnymi talerzami do kuchni. Włączyłam zmywarkę i doprowadziłam do porządku blat. Usłyszałam dzwonek i, wiedząc, że gołąbki są zbyt pochłonięte sobą, żeby otworzyć, sama postanowiła udać się do drzwi. Na progu stał Gabriel Curtis w całej okazałości.
- Cześć - uśmiechnął się.
- Pa - spróbowałam zamknąć drzwi, ale wsadził między nie, a framugę stopę.
- Porozmawiajmy - przeszywał mnie wzrokiem.
- Nie mamy o czym. Odejdź zanim zadzwonię na policję.
- Na policję?
- Nękasz mnie.
- Porozmawiaj ze mną. Błagam cię.
- Zostaw mnie w spokoju - krzyknęłam.
Najwyraźniej odwróciło to uwagę Weroniki i Krzyśka od ich romantycznych pogaduszek i Łapa stanął za moimi plecami. Odsunął mnie od drzwi i przejął inicjatywę.
- Chyba prosiła, żebyś sobie poszedł.
- A ty to kto? Jej chłopak?
- Możliwe. Jak zaraz stąd nie wyjdziesz dostaniesz w nos.
- Grozisz mi?
Łapa nie bawił się w żadne dyskusje. Uderzył Gabriela prosto w nos i zamknął drzwi. Zdążyłam tylko dojrzeć jak poszkodowany upada i trzyma dłonie na środku twarzy.

2 komentarze :

  1. MAAAAAAAAAŁOOOOOOOOO! Chcę więcej! I nadal nie wiem kogo wolę: Gabriela czy Davida...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozkręcam się! Będzie więcej już w najbliższym czasie. Na razie skupiłam się na stronie "Bohaterowie", a wierz mi dobranie odpowiedniej obsady nie jest takie proste! Aktualna wersja zadowala mnie jedynie w 80%.
      W tym tygodniu na pewno napiszę dalsze losy Aimee :)

      Usuń